Koncert na jakieś 30 osób ale ogień był tak niesamowity, że cokolwiek z trzech pozostałych koncertów, które się tego dnia odbywały może się zapewne udać do budy

Otwierające Dolorvotre zrzuciło wszystkim kapcie, dawno nie miałem takiej sytuacji żeby otwieracz pozamiatał na równi z pozostałymi kapelami (może prócz Kolibra). Transowy, surowy black ze słyszalnym, egzotycznym sznytem, nie tyle w kwestii ozdobników co konstrukcji utworów i riffów. Kolejna Arizmenda także urwała pejsy, również black metal, również transowo-chaotyczny ale wprawne ucho w moment wyłapywało różnicę między tymi projektami. Trzeci Blue Hummingbird On The Left wypadł najsłabiej z całego składu, trochę przez niedomagajacego momentami wokala a trochę przez aranżacje, bo jako jedyni używali piszczałek, dmuchawek i grzechotek ale pechowo wykorzystywali je na zasadzie introsów, dopiero w ostatnim kawałku, nieprzypadkowo najlepszym, użyte zostały na tle świdrujących, tremolowych wioseł. No i w końcu Volahn, na takim samym poziomie wykonawczym co Dolorvotre i Arizmenda czyli na co najmniej piątkę z plusem. Na pewno poleciał otwieracz z debiutu czyli "Trascendencia del espacio y tiempo" i "Halhi K'ohba" z drugiej płyty oraz przezajebisty, spaghetti westernowy "Chamalcan" ze splitu z Arizmendą, Shaatanem i Kalathonem. Nic tylko siąść pod kaktusem, nasunąć sombrero na ryj i okryć się poncho

Do tego wszystkiego uszanowanko dla muzyków, bo niektórzy to cztery gigi z rzędu musieli łoić a większość po trzy. Merch taki sobie, koszulki do dupy, płyt mało, tylko bluzy fajne ale trochę pożydziłem 180 cbl. Słowem podsumowania - absolutnie nie żałuję tłuczenia się do Chorzowa bo gig jeden z lepszych jakie ostatnio widziałem.