Awatar użytkownika
yog
Tormentor
Posty: 15497
Rejestracja: 5 lata temu

Watain - Trident Wolf Eclipse, 2018 [RECENZJA]

yog 4 lata temu

WATAIN - TRIDENT WOLF ECLIPSE
Szwecja
Wydawca: His Master's Noise / Century Media
Premiera: 5 stycznia 2018 roku



Watain, ach ten Watain.

Szwedzka grupa zdawałaby się mieć wszystko, co potrzebne, aby zaskarbić sobie przychylność milionów blackmetalowych słuchaczy. Od zarania czerpie bowiem ze szlachetnych wzorców nordyckich okultystów, nie zapominając o towarzyszących im mordach, płomieniach oraz - mrożących krew w żyłach emerytek - rekwizytach scenicznych, będąc w tych dwóch ostatnich względach w gatunkowej awangardzie.

Udział w Dissection w burzliwych latach schyłkowych, połączony z niezliczonymi zapowiedziami powrotu czarciego brzmienia do dni minionej chwały lat 80. i początku 90., dały muzykom nieskończony kredyt zaufania u publiczności. Renesans ten miał się, naturalnie, odbyć za sprawą kolejnych wydawnictw autorów Casus Luciferi, sprzedających się zresztą jak świeże bułeczki.

Słowa te powtarzano z ogromną determinacją, nie dziwi więc specjalnie ostateczne zakorzenienie ich w świadomości słuchaczy - Watain stał się zespołem kultowym. Jak na swoje lata metalowej posuchy oczywiście, ale zawsze. Mimo paktu z Lucyferem, w czasie się przecież nie przeniosą. A chyba by chcieli.

Obrazek
Niejeden zapewne by sobie niegdyś dał wyciąć nożem logo zespołu, nie szczędząc ramienia, a kilku przypuszczalnie tak zrobiło. Mimo to dni, w których Watain dzierżył pochodnię rozpalającą znicz okultystycznej olimpiady minęły - zdawałoby się - bezpowrotnie.

W ostatnich latach, naśmiewanie się z grupy prowadzonej przez Erika Danielssona stało się nieodłącznym elementem piwno-papierosowych dyskusji podczas koncertów. Rzucenie w towarzystwie grzecznościowej uwagi, że Szwedzi się skurwili, owocowało raczej przepełnionym zrozumieniem przytakiwaniem rozmówców, niż groziło kłótnią. Jakby właśnie wspomniano o nieprzyjemnej pogodzie - nie kwestionuje się faktów.

Aby nie wyjść na blackowego ignoranta i koniunkturalistę, należało więc Watain pogardzać.

Choć zapewne na próżno szukać równie zatwardziałych anty-kosmicznych satanistów, Watainowi udało się wszelkie swe przyjaźnie tak z nieświętej pamięci Jonem Nödtveidtem i jego mentorem - ojcem Nemidialem, jak i Selimem z The Devil's Blood obrócić w groteskę, a nawet ostatecznie - według niektórych - w komercyjny cyrk obwoźny.

Rytualne samobójstwa czy pakty z diabłem w imię sukcesu niewątpliwie działają na wyobraźnię gawiedzi.

Większość kontrowersji wokół tego zespołu wynika jednak nie tyle z konszachtów z Belzebubem, co z - praktykowanego tak przez dawnych, jak i trzeciofalowych czy późniejszych wojowników czarnej stali - nieograniczonego przekonania muzyków o mesjanizmie swego projektu, będącego niechybnie w ich mniemaniu okutą pięścią Prometeusza skierowaną przeciw dogorywającemu obliczu Boga.

Obrazek
[prometejski ogień nie zwalnia z czyszczenia komina]

Idea to zacna, a takie podejście często znamionuje wielkich twórców sztuki.

Na Trident Wolf Eclipse, od strony graficznej, widzimy odejście od martwej natury okładki The Wild Hunt na rzecz powrotu w klimaty dürerowskich rycinek oraz dore'owskich grafik o grzechu i potępieniu. Taki krok, ten graficzny powrót do starego, zdawał się ryzykowny. Bo jak dorównać okładce popełnionej przez Zbigniewa M. Bielaka ku chwale Lawless Darkness? Aby takie przedsięwzięcie mogło się udać, panowie z Watain postanowili zatrudnić jedyną osobę, jaką można by wybrać, mając do wyboru każdego na świecie. A Watain - dzięki zawartemu przymierzu - miał.

Obrazek
Timo Ketola (43 l.) to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Odpowiada za papierowy image takich projektów jak Deathspell Omega czy Teitanblood oraz niezliczoną ilość innych. Przede wszystkim jednak, narysował pamiętny Casus Luciferi, który Watain niedawno nostalgicznie wspominał podczas trasy z Mayhem. Timo w zasadzie w pojedynkę wykreował malowany farbkami okładkowy boom, w pewien sposób jest więc też odpowiedzialny za podstępnie czyhające na nieświadomego słuchacza 70 minutowe molochy pełne cavernianego blacku i deathu bez treści, na szczęście muzyków zaopatrzone w piękną okładkę zwodzącą nieosłuchanych nabywców. Tenże Fin zajął się przygotowaniem okładki singla o dźwięcznej nazwie Nuclear Alchemy, promującego nadchodzące watainowe dzieło.

Powstał obrazek, moim zdaniem, wybitny i powalający. Dlatego nie rozumiem, co spowodowało, że zespół zwrócił się o wykonanie okładki albumu do tajemniczego Oika Wasfuka z Indonezji, który miał co prawda w swoim portfolio prace dla takich twórców, jak japoński Abigail, brazylijski Power From Hell czy indyjski Tetragrammacide, jednak chwila detektywistycznych wysiłków, a okaże się, że kilka lat temu tworzył jeszcze koślawe podróbki Bafometów Moyena i dopiero w okolicach 2015 roku nauczył się rysować.

Co się stało w trakcie?

Azjata także zawarł pakt z Mrocznym Panem?

Czy były jakiejś zamknięte wernisaże jego okultystycznych prac, ukryte przed wzrokiem zwykłych śmiertelników?

Ostatecznie przypuszczam, że panowie z Watain upierali się przy absurdalnym pomyśle z diabelskim trójzębem w centrum obrazka, a Timo uznał to za obrazę swojego kunsztu. Niemniej jednak, pomijając front i tył okładki, Fin wykonał inne rysunki zawarte na Trident.Wolf.Eclipse, a mamy tu do czynienia z ponadprzeciętną ilością trygortów, które członkowie Watain tak sobie upodobali i którymi tak hojnie obdarzają wzrok słuchaczy i koncertowej publiki. Do tego, swoje dołożył też Erik.

Obrazek
Czyżby Timo przedkładał inne projekty nad rycerzy gorejącego trójzębu?

Okładka szóstego albumu Szwedów choć nie powala, to jednak nie można odmówić jej niemałego uroku. Dodają go szczególnie wilcze góry oraz obręcz królewskiego ognia. Jako patrioci, możemy chyba przyjąć, że nawiązująca do teatralnych sukcesów rodzimego kolektywu Let the World Burn. Nie muszę chyba mówić, do jakiej pomorskiej hordy nawiązują z kolei pioruny. Poznać można po sukniach, pewnie kroju Sharon z Toxic Vision.

Oprócz stałego składu Watain, czyli klasycznego power trio, z Karlem Erikiem Stellanem Danielssonem w roli wokalisty i basisty, gitarzysty Pelle Martina Forsberga oraz odpowiadającego za instrumenty perkusyjne Nilsa Håkana Jonssona, na Wolf Trident Eclipse znalazło się miejsce dla kilku gości.

Swoje dołożyli dwaj członkowie koncertowego składu od 2007 roku - basista Alvaro Lillo oraz nie kto inny, jak Set Teitan, wsławiony tak pierwszą trójcą Aborym, jak i przede wszystkim bluźnierczą kolaboracją z Nödtveidtem w ramach owianego legendą odrodzenia Dissection.

W utworze Ultra (Pandemoniac) wystąpił również lider Degial, Hampus Eriksson znany szerzej pod pseudonimem H. Death oraz maestro Attila Csihar we własnej osobie.

Nagrywając Beyond Tormentora, zawarty na stronie B ubiegłorocznego singla Nuclear Alchemy, nie tylko wkupili się w łaski Węgra, ale także kolejny raz nawiązali do mitu Dissection. Oni przecież rozsławili niegdyś autorów Anno Domini coverem historii hrabiny Elżbiety Batory.

Album Wolf Trident Eclipse, zapewne nie szczędząc środków z kont Century Media, zarejestrowano w owianym niesławą, sztokholmskim Necromorbus Studio.

Watain znowu zwrócił się do swojego ulubionego producenta, a Tore Stjerna po raz kolejny udowodnił, że gęstość muzyki nie jest dla niego żadną przeszkodą w osiągnięciu wykrystalizowanego brzmienia, tak charakterystycznego dla szwedzkiego black metalu.

Obrazek
1. Nuclear Alchemy (03:07)
2. Sacred Damnation (04:41)
3. Teufelsreich (04:26)
4. Furor Diabolicus (04:43)
5. A Throne Below (04:09)
6. Ultra (Pandemoniac) (04:01)
7. Towards the Sanctuary (04:54)
8. The Fire of Power (04:42)
9. Antikrists Mirakel * (07:09)
* - bonus z wersji digipakowej
Łącznie: 41:52
Nie potrafię się oprzeć wrażeniu, że w obrazie pobrzękują echa równie krwistego Endless Pilgrimage Grave Miasmy. Tytuł albumu, ozdobiony taką, a nie inną kaligrafią Erika nie może z kolei nie nasunąć skojarzeń z bestialskim obliczem sceny blackmetalowej, z kanadyjskim Revenge na czele. Zadbano nawet o kropki między każdym z trzech wyrazów.

ObrazekObrazek
Obrazek
Szósty album Watain, Trident Wolf Eclipse - otwiera znany już wcześniej numer singlowy, czyli Nuclear Alchemy. Jeszcze 31 października opublikowano do niego teledysk. A ten, oczywiście, jak to zwykle w przypadku Szwedów, spolaryzował opinie.

Załoga dowodzona przez Erika Denielssona za wszelką cenę postanowiła pokazać, że łagodniejsze oblicze z chłodno przyjętego przez fanów Dzikiego Gonu to tylko jednorazowy wybryk. Watain do promowania nowej płyty wybrał więc kawałek bez ciągot do progresji czy eksperymentów gatunkowych, skumulowany w ledwie ponad 3 minutach strzał, mający - jako rozpoczynający album - na wstępie odstraszyć pozerskie hipsterstwo. Do dalszego ceremoniału przystępują jedynie godni blackmetalowej spuścizny krwi i chaosu słuchacze.

Pamiętacie sesję zdjęciową KK Warsluta, promującą destroyerowe Wildfire? Chłopaki z Watain pozazdrościli mu strzelania z łuku płonącą strzałą i sami postanowili zrobić to samo. Poza tą jedną chwilą, na ekranie całą długość wideo przewijają się trójzęby w zagęszczeniu 2-20 na ujęcie. A ujęć jest tu kilkaset. Prócz trygortów - gdyby ktoś miał wątpliwości, kto to taki - są płomienie.



Dużo płomieni, płonący metal, płonąca ściana Marshalli za kapelą, milczące rytuały w kręgu płonących diabelskich trójzębów, gorejące trygorty niesione przez las, niczym chorągiew na polu bitwy, trójzęby mniejsze i większe, spiczaste i zaokrąglone. Ktoś pomyśli - a co z wypalaniem skóry trójzębnym piętnem? Nie martwcie się, moi mili - zadbano o wszystko! Akcję teledysku - czy też, mówiąc dosadniej, wygłupy muzyków - nakręcono na jakimś szrocie. Szwedzi muszą być fanami Wojen na złomowisku, nadawanych kiedyś na Discovery Channel oraz klimatów post-apo. Zaraz po trygortach i ogniu. One zawsze na pierwszym miejscu.

Są wybuchy.

Choć utwór brzmi początkowo, jakby był grany zza ściany, jeszcze przed trzydziestą sekundą następuje potężny wybuch, tak widoczny na teledysku, jak i słyszalny na krążku. Wkurwiają Was nagłe wybuchy basu rodem z brutalnego deathu i slamu?

Tam jest burta.

W ten sposób, jakże gwałtownie, Watain przystępuje do zatracenia się w black/thrashowym nalocie na idee i wartości drogie sercom słuchaczy. Zabieg produkcyjny, ten z wejściem zza szklanej tafli jest oryginalny, a producenci wpadli na ciekawy, niepowtarzalny pomysł. Czy aby na pewno? Sięgnijmy do zbioru z płytami Destroyer 666, znajdźmy trzeci album i włączmy czwarty utwór z Cold Steel... For an Iron Age, o wdzięcznym tytule Sons of Perdition.

O, identycznie.

Po paru gitarowych slide'ach, puszczających oko do miłośników wspomnianego już Revenge, a przede wszystkim Conquerora, szwedzka kapela wpada w chaotyczną furię nadając jej swój znak jakości bieloną w ogniu trójzębną pieczęcią w końcowych fragmentach singlowego utworu - motywem z Sons of Perdition Australijczyków. Watain kolejny raz zabiera nas w podróż pełną refleksji i wspomnień.

Obrazek

ObrazekObrazek

Następnym utworem na Trident Wolf Eclipse jest Sacred Damnation. Dopiero on odsłania, z jakim graniem faktycznie będziemy mieli do czynienia przez resztę krążka. Tak szybko i bezpośrednio, z udawaną czy nie, ale jednak agresją, jak w otwierającym Nuclear Alchemy, już na albumie nie będzie.

Schodzimy w tempa bliższe religijnym Mardukom, w przestrzenne brzmienie zapomnianej pogańskiej świątyni we wnętrzu wilczej góry. Atrybuty nowoczesnej produkcji słyszymy po raz kolejny, dzięki czemu osiągnięto iście grzmiące partie perkusyjne, mające zapewne przywodzić na myśl kawalkady Walkirii z Blood Fire Death, gniew niebios i tego typu sytuacje.

Niespodziewanie jednak, połapawszy się, że wieje wiatr inny, niż dekadę temu - Szwedzi postanowili uhonorować powrotne dzieła Mayhem, z Grand Declaration of War na czele, bowiem wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że zyskały one należne im od lat miejsce w gronie płyt zawracających historię gatunku. Można by powiedzieć, że album ten, dołączając do asortymentu Watain, został mianowany jednym z klejnotów dziesięcio-diademowej korony black metalu.

Dlatego tuż przed połową kawałka wchodzi charakterystyczny motyw wieńczący Wolf's Lair Abyss, a rozpoczynający Wielką Deklarację. Można by pomyśleć, że ten wyniszczony, powojenny pejzażyk maluje tam Blasphemer. Ale to nie były gitarzysta Mayhem - to członkowie trójzębnego składu wytrenowali odlewanie cudzych pieczęci do perfekcji. Motyw ten pojawia się na Deklaracji wielokrotnie, dlatego mniej zorientowanym podpowiem - watainowa wariacja pojawia się w pierwszej części A View From Nihil.

W ostatniej minucie - już po wokalach do złudzenia przypominających Nödtveidta - w tle, usłyszymy jeszcze gitarową pogoń na tremolach, którą równie dobrze mógłby zagrać Knut Magne Valle na arcturusowym Sideshow Symphonies.

Obrazek

ObrazekObrazekObrazek

Pora na trzeci kawałek na płytce. Teufelsreich udowadnia, że Szwedzi pilnie odrabiają lekcje. Zajebany z Grand Declaration of War motyw wraca bowiem - zgodnie z regułami pierwowzoru - ponownie, otwierając utwór o Czarciej Rzeszy. Tym razem wzbogacony jednak o ulotny vibe Life Eternal.

To było jednak zbyt mało, należało posunąć się dalej, aby dopieścić kompozycję dla ucha przeciętnego słuchacza. Dlatego norweski sznyt riffu zmienia się nagle w melodię godną szlagieru Where Dead Angels Lie z repertuaru nieodżałowanego przez wielu Dissection.

Nie bardzo jest o czym się więcej rozpisywać. Piosenka płynie w wolnym, marszowym tempie, czasem przyspieszając pod szwedzkie tremolo. Zakończenie kawałka nieco w stylu pomysłów z mayhemowej Chimery, ale może już miejmy nieco litości. Przed zwiastującym je dzwoneczkiem, jeszcze chwilka w baseniku z arcturusową gitarą prowadzącą i jesteśmy gotowi płynąć dalej przez historię. W głąb diabolicznego dominium.

Obrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazek

Führer, przepraszam, Furor Diabolicus, ku zdziwieniu zafrasowanego słuchacza regulującego właśnie gałki - identycznie, jak pierwszy kawałek - brzmi niczym zza bariery. Co to może znaczyć? Jakąż niespodziankę przyszykował tym razem dla swoich fanów Watain?

Wyjaśnienie już wkrótce.

Kawałek ten to w zasadzie dosyć oczywiste, religijne Marduczenie bez nadmiernych skoków w bok. Buldożerowana perka wymierza rytm dla schowanej pod Erikowymi wokalami gitarki, która ujawnia się jedynie na chaotyczną destroyerową solóweczkę.

Kilka wyburzonych przecznic dalej, utwór wskakuje w cowbell-owy motyw znany z tytułowego kawałka kultowego Nekropsalms norweskiego Obliteration. Który to de facto motyw opiera się na pieśni o tytule Slaughterday z tym bardziej kultowego, drugiego krążka Autopsy - Mental Funeral. Braknie tu jedynie mego ukochanego okrzyku "ETERNAL WINTAAAH!", ale Watain - kolejny raz - odrabia pańszczyznę z podniesioną głową.

Z wyjaśnieniem produkcyjnego smaczku, o którym wspomniałem chwilę temu, należy poczekać długo, jednak - a jakże by inaczej - i tu okazuje się, że w studio przygotowano grunt pod eksplozję, otwierająca riffową puszkę Pandory. Niemal identyczny wybuch, chaos, pseudo-Conquerorowanie. Diaboliczny gniew to dosyć przeciętny kawałek z powtarzanym w nieskończoność FUROOOR DAJABOLIKUS, co jednym przypadnie do gustu na równi z desasterowym PHANTOM FUNERAL, a innym zbrzydnie po pięciu odsłuchach.

Kolejny już - zdaje się trzeci - kawałek z zakończeniem w stylu zejść z kawałków na mayhemowej Chimerze. Szlachetne wzorce, doprawdy.

Obrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Nie muszę chyba pisać, jaki zespół z północy Europy przypomina wprowadzenie w następny, piąty już szlagier z najnowszego dzieła Watain?

A Throne Below rozpoczyna się niby niewinnie. Trochę jest tej znajomej atmosfery misteriium w riffie, ale nim się odbiorca wsłucha, zauważa, że perkusja wspomina Wolf's Lair Abyss i zawartą tam kompozycję Ancient Skin z popisowym występem Hellhammera, który podobno nagrał utwór w studio na 100% za pierwszym podejściem. Taką właśnie historyczną ciekawostkę proponuje na rozpoczęcie utworu Watain.

Istotnie, blackmetalowi profesorowie.

Następuje powrót, a zarazem eskalacja napierających, wojennych bębnów wikingów, w opór dominujących nad resztą. Po raz kolejny da się zauważyć, że poza tymi rzadkimi momentami, reszta jest sporo ciszej. Takie cuda to na Twilight of the Gods Bathory. Szacowne wzorce. Szkoda, że po kilku odsłuchach efekt zadziwienia ustępuje irytacji, bo różnice poziomów są tu znaczne i o ile cała płyta może lecieć cicho, o tyle JEBUT usłyszy każdy sąsiad.

Nad tym rytmem krąży sobie, raz potępieńczo opadając, innym razem triumfalnie się wznosząc, ulotne tremolo niesione krętymi korytarzami i łagodnymi schodami podziemnego zamczyska. Kilka nödtveidtowych okrzyków później, kiedy już trafia do sali tronowej - Szwedzi zaskakują po raz kolejny, sięgając po zakończenie mogące się znaleźć na debiutanckim albumie awangardowego Vulture Industries.

Trzeba zresztą przyznać, że ta watainowa intronizacja jest bardzo optymistyczna i pełna pluszowego majestatu. Nawet mimo gromowładnych deklaracji Håkana za zestawem perkusyjnym.

Obrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Jak wiele utworów tutaj, tak i Ultra (Pandemonic) wynurza się z otchłani gitarowych przesterów, dając namiastkę ceremonii oglądanej na żywo spod śmierdzącej blackowym żywotem, watainowej sceny. A może to kolejne oczko puszczane Chimerze?

Chimera czy nie, czym prędzej przypomnijmy o trasie granej przez Watain z Mayhem. Zapewne niejednokrotnie Szwedzi zasłyszeli wtedy znamienity motyw gitarowy kawałka Buried by Time and Dust z monumentalnego De Mysteriis Dom Sathanas. A jak już go sobie przypomnieli, tak uznali, że w sumie - czemu by nie...?

Będący przepustką do właściwej części utworu, riff z Buried by Time and Dust wkrótce przygasa, a jego miejsce zastępuje radosny bujany riff o sporym stężeniu siarki pachnący południową półkulą na zmianę z nowożytnym Satyricon. Całość opatrzona jest popisem wokalnym Erika, który sprawia wrażenie, jakby niezmiernie cierpiał, że nie grają akurat venomowego przeboju One Thousand Days in Sodom i nie może go sobie pośpiewać. Stara się jednak czerpać ze skocznego Ultra (Pandemonic) tyle przyjemności, ile się da.

To w tym kawałku występuje zarówno koleś z Degial, jak i Attila. Kto spodziewa się spektakularnego popisu Węgra, obejdzie się jednak smakiem. Jego niebanalne umiejętności wykorzystano - zdaje się - dość oszczędnie. Jego rola ogranicza się do histerycznego śmiechu demona czy tam innego wampira, nieodłącznego elementu każdej szanującej się opowieści grozy.

Obrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Bal trwa dalej.

Siódemka w kolejności przypada Towards the Sanctuary. Jak otworzymy tym razem? Ostatni kawałek zaczynał się przesterem, wcześniejsze motywami z Mayhem. Co nowego zaproponować? Odpowiedź jest prostsza, niż mogłoby się wydawać, a przy okazji zapewnia albumowi spójność, na którą wielu niezadowolonych narzekało, odnosząc się do ostatnich dokonań zespołu.

Chwila na sprawdzenie, zimną kalkulację i odejmowanie dat. Okazuje się, że Impious Devious Leper Lord nie był grany przez Mayhem na koncertach od lat, a przecież wszyscy kupują De Mysteriisy i Deathcrushe, tamtej płyty i tak prawie nikt nie słyszał. Co stoi na przeszkodzie wziąć z niego otwarcie i lekko przemeblować?

Doprawdy, mistrzowie w swoim fachu. Co za błyskotliwość, co za gracja.

Po rozpędzeniu, Towards the Sanctuary zachowuje dość łagodne oblicze, jednak napędzany jest skocznym, D-beatowanym stukaniem perkusji, co w połączeniu z gitarowym nalotem tremolowanych melodii i silnie motorycznymi riffami niesie kawałek do przodu, ku tytułowemu sanktuarium zapewne.

W ulotnej atmosferze warstwowych riffów dosłyszeć można pewne echa sceny atmosferycznego black metalu, skłania się on raczej ku Waters of Ain, napisanego ręką Selima Lemouchi z The Devil's Blood - wieńczącego Lawless Darkness - niż pancernej dywizji Watain. Tu i tam, cudzy riff w ramach hołdu. Dużo wolnej przestrzeni, co zapewnia klimat niemal ogniskowy. Zakończenie kawałka jest żywe, przekonujące i godne niemalże Reinkaos.

Basik wchodzący w - zdawałoby się - momencie, gdy kawałek zamiera, tchnie w niego jeszcze nowe życie, na ostatni punkowy taniec. To przebudzenie, ten ostatni radosny dance macabre truposzy wywijających trójzębnymi widłami to - według mnie - najciekawszy, najżywszy i najbardziej szczery fragment Trident Wolf Eclipse, w którym radość z grania rock & rolla bogów spotyka się z ludową groteską. To, co tchnęło ducha we wszelkie Immortale i Satyricony, w tym jednym jedynym kawałku - na szóstym albumie Watain - zdaje się być żywe.

To ten blackmetalowy bas, od pradawnych dziejów przyzywający duchy czasów minionych.

Tak w 1986 roku na Bloody Vengeance brazylijskiego Vulcano, jak w 1994 roku na De Mysteriis Dom Sathanas norweskiego Mayhem, a w końcu i na Trident Wolf Eclipse szwedzkiego Watain w roku 2018.

Szkoda, że tak niewielu o nim pamięta. Pewnie chodzi o jakąś perpetualną demencję, o której śpiewa tu Erik.

Obrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Na niemalże koniec naszej długiej podróży w czasie do przełomu lat 90. i 2000. zostaje nam The Fire of Power, czy może raczej De faaaajerr... de faaaajeeeeer... De faaaajeeeer oooooff PAAŁEEER!!!

O czym mowa? O prometejskim ogniu, który goreje w każdym z nas.

Prócz refrenu, zwrotki są nacechowane dość atmosferycznie, czasami zahaczając wręcz o rejony post-rocka. Gitary wycinają swoje pływające, wodniste riffy, które są pewnym znakiem rozpoznawczym Watain, oczywiście przeplatane podindustrializowanym sznytem Grand Declaration.... Ze szczyptą dysonansu Deathspell Omegi na pobrzęku - czemu by nie? Tak dla dobrego smaku.

Cały czas - nieubłaganie - ta trójwymiarowa perkusja, chcąca ze wszech sił zakrzyknąć, choć nie ma ust: BLOOD! FIRE! DEATH! Nie do podrobienia. Nawet gdzieś z dalekiej głębi Walhalli chór wikingów się wynurzy. Ku radości ducha - trzmielowane, wznoszące się znad pobojowiska tremolo.

Obrazek

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Bonusowym kawałkiem w wersjach digi jest najdłuższy ze wszystkich Antikrists Mirakel liczący sobie dobre 7 minut eksperymentalnego blacku. Poprzednie kawałki nie wychodziły poza granicę pięciu. Utwór ten dorobił się nawet własnej 7" EP-ki, dodawanej do boxa winylowego Trident Wolf Eclipse, kosztującego w przybliżeniu ćwierć miliona złotych.

Ta dodatkowa kompozycja rozpoczyna się okultystyczną ceremonią. Dość nieśmiało, jednak któż nie pamięta, że długie kawałki ze Szwecji bywają zdradliwe względem głośności pierwszych sekund? Któż nie dziwił się, czemu to całe Twilight of the Gods tak cicho gra? Produkcja daje o sobie znać po chwili i zmusza słuchacza do ściszenia gęstego jak smoła rytuału. Może to tylko ja, ale klimat tu jak z bonusowego Coram Satanae Marduka.

Na intrygujące riffy, w tym akustyczne gitarki nałożono jakąś bardzo niejasną rozmowę, przywodzącą na myśl rozmazany świat postaci z grafiki zdobiącej Soulside Journey, jak i piekielnych dialogów z tytułowego utworu arcturusowego La Masquerade Infernale. Pogłosy, warstwy szumów, a nad wszystkim czuwa brzęk gitary godnej drużyny harcerskiej.

I dzwony. Za mało ich w black metalu, tu się z Watain zgodzę.

Obrazek

WERDYKT:

ObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazekObrazek

Watain, po odważnym kroku, jakim był The Wild Hunt nagrał płytę bezpieczną. Taką, aby zadowolić wszystkich, mogących się od nich odwrócić z uwagi na wcześniejszy krążek. Przy okazji, utwierdził się na pozycji naczelnych promotorów tej muzyki, czerpiąc garściami z faktycznych legend szerokiego spektrum czarnej sztuki i z wprawą doświadczonego rzemieślnika połączył szlachetne kamienie za pomocą szwedzkiej motoryki i wyczucia w klejeniu zróżnicowanych motywów, bez potrzeby uciekania się do karkołomnych progresji.

Jest to muzyka wielowarstwowa, odegrana z niemałym profesjonalizmem i gładko brzmiąca. To ostatnie niestety nie jest chyba wskazane w przypadku prawdziwego black metalu, a na taki kreuje się obóz Watain. Niestety, wśród tych warstw, moją uwagę najbardziej przykuwają w głównej mierze motywy zaczerpnięte od innych twórców. Utwory często są nie tyle przyozdobione w różnorakie trybuty, co opierają się na cudzych tak motywach, jak i pomysłach.

Ciekawym zwrotem wydaje się skupienie na twórczości o podłożu eksperymentalnym i choć twardo stąpającej po blackmetalowym rdzeniu, to przemycającej elementy industrialne czy atmosferyczne. Wielkim zaskoczeniem jest dla mnie uwielbienie, jakim ewidentnie panowie z Watain muszą darzyć drugi album Mayhem, a jednocześnie cieszę się, bo prawdopodobnie wielu właśnie dzięki Szwedom oswoi się z pewnymi, mniej ogranymi chwytami i w konsekwencji sięgnie po coś naprawdę niebanalnego.

Pomijając ten jeden aspekt, pozwalający im na eksperymenty w ramach sztywnego gatunku, Watain nie zaimponował mi tym albumem, a wręcz im dłużej z nim obcowałem, tym mniej mi się podobał. Wraz z upadkiem kolejnych fasad okazywało się, że głębiej jest niewiele treści, bądź też nie ma jej wcale. To klimatyczny, ale płytki akwen, nad który prędko nie wrócę.

Z jednej strony niby Satanas Luciferi Excelsi Nomine Dei Nostri itp. a z drugiej słuchacz cały czas jest trzymany za rączkę, żeby przypadkiem się w tym mrocznym kulcie nie utopił, a jego rodzina nie oskarżyła muzyków o podżeganie do agresywnych zachowań.

Rozwiązania produkcyjne zastosowane na Trident Wolf Eclipse są z pewnością ciekawe początkowo, jednak przy dwudziestym odsłuchu, bajery związane z głośnością wybuchów i wybranych dla podkreślenia dramaturgii partii perkusji najzwyczajniej w świecie irytują, zmuszając przy nocnym słuchaniu do żonglowania głośnością.

Jakieś wilki chyba w tle tam gdzieś wyją przez chwilę, ale tego zaćmienia nie czuję. Chyba, że miało być w bonusowym kawałku, jako wstrzymujący krew w żyłach pospólstwa Cud Antykrysta?
Destroy their modern metal and bang your fucking head

Tagi:
Awatar użytkownika
DiabelskiDom
Moderator globalny
Posty: 3137
Rejestracja: 5 lata temu

DiabelskiDom 4 lata temu

Nie wiem czy chciałoby mi się tyle pisać o płycie, której daję w ogólnym rozrachunku 5/10 :P

Pomijam już fakt, że po tym kawałku promocyjnym nie chce mi się nawet sprawdzać całości, ostatnio szkoda mi czasu na płyty, które ze wszech miar zdają się być przeciętne. Niemniej doceniam poświęcony czas i na przyszłość życzę sobie więcej takich recek dotyczących rzeczy podsuwanych przez użytkownika @DiabelskiDom czyli Tetragrammacide lub Black Magick SS :D
Panzer Division Nightwish
Awatar użytkownika
yog
Tormentor
Posty: 15497
Rejestracja: 5 lata temu

yog 4 lata temu

Zastanawiałem się nad Tetragrammacide, ale uznałem, że Watain będzie bardziej kolorowy.

PS. "reckę" postanowiłem napisać zanim usłyszałem płytę i nie było odwrotu ;)
Destroy their modern metal and bang your fucking head
Awatar użytkownika
Wędrowycz
Administrator
Posty: 5575
Rejestracja: 5 lata temu
Lokalizacja: Warszawa

Wędrowycz 4 lata temu

Dziś robiłem drugie podejście i było meh...nudne to. Serio podziwiam Twój wywód o tak przeciętnej do bólu płycie. Lepiej Abigor nowy rozpracuj :D choć po chwili namysłu jak tyle o tej płycie Watain naskrobałeś, to strach pomyśleć ile by zajmowała recenzja nowego płyciwa Austriaków.
Odium Humani Generis

Wróć do „Recenzje”