Kurła, powiem tylko tyle, że warto było jechać przez pół kraju i wydać kupę siana. Zespół, który bardzo lubię w zasadzie od
Triumvirat, chociaż to tak naprawdę wiadoma płytka mnie rozwaliła i do dziś pozostaje jedną z ulubionych w ogóle.
Anturaż znowu nowy, odmienny od tych, które były wcześniej. Tym razem bez ogni, stosów i konfetti, jedynie z samymi rekwizytami. Dopasowane do konceptu kapeli maski, siedziska do medytacji, wężowe daszki i ołtarz pełen owoców

Bardzo zajebista setlista, przekrojowo polecieli przez całe dysko, w tym zagrali jeden z moich ulubionych utworów, czyli
Khanda Manda Bdb Kolegi. Co cieszy tym bardziej, że obawiałem się, że skupią się w 100% na nowej płycie. Ale
Vtlavy nie było.
Kiedyś widziałem ich na specjalnym koncercie na Brudas Assault, ale czekałem na okazję, żeby móc ujrzeć ich w klubie. I, tak jak piszę, spełnili moje oczekiwania w 120%. Brzmieniowo bez basu, na wysokich rejestrach i w sumie nie przeszkadzało, bo wibrujące melodyjki lepiej się rozchodziły

Sporo ponad godzina grania im wyszła, a też zastanawiałem się, czy w tych wszystkich fatałaszkach nie uciekną po 45 minutach, bo ciężko i gorąco. Płytki uzupełnione, teraz mogę się pochwalić, że moja kolekcja od nich wygląda tak:
Aha, nowa płyta. Słyszana w części na żywo, słuchana w drodze. Muszę powiedzieć, że pierwsze wrażenie robi duuuużo lepsze niż
Moksha/Nirvana. To znaczy, ja się do tej poprzedniej po czasie przekonałem, bo to dobry album, choć jednak zachowawczy. A najnowsze wydawnictwo, zachowując stylistykę melodyjnego black metalu mieszanego z hinduskim folkiem, jest świeże, z jajem napisane i nieco, hmm, mroczniejsze? O ile w ich przypadku o mroku jako takim można mówić, bo nie oszukujmy się, to nie jest najokrutniejszy metal świata

Na pewno zaskakuje na plus i zdaje się być mocnym kandydatem do czołówki ich materiałów.
Aha, wracając do koncertu, to jeszcze słowo o supportach. Caronte kiedyś tam słyszałem, nie porwało, nie wracałem. Okazało się, że wydają teraz już czwartą czy piątą płytę. Występ w porządku, tyle mogę napisać. Doom metal z okultystycznymi tekstami. Jak leci to nie przeszkadza.
The Great Old Ones fajnie. Kiedyś dużo słuchałem drugiego ich albumu,
Tekeli-Li, który mam nawet na ŚK, potem przejadła mi się ich stylistyka postowego atmo-blacku (albo i płyty zaczęli nagrywać chujowsze?) ale sam występ podobał mi się, wręcz nawet na piątkę z minusem. Nową płytę słyszałem raz, zachęcili mnie tym recitalem do posłuchania drugi. Muzycznie taki właśnie atmospheric black metal, w wielu momentach porywający przyjemnym riffem. No i widać było, że mimo dość statycznej publiki sam zespół dobrze się bawił grając swoją muzykę, a to zawsze należy uznać za plus.
To tyle. Namaste, kochani!