pp3088 pisze: 7 lat temu
Nie ten Dripping to taka LA slam metalu - też "zapomniane i niezrozumiane". Poza topką na RYM-ie nie widziałem nigdzie indziej wspominek o LA, fakt faktem czasem nazwę ktoś wymieni ale żeby to jakiś kult czy klassik był to nigdy bym nie powiedział.
Może źle się nieco wyraziłem - ten Dripping jak na slam to dobre wydawnictwo (mocno nie przepadam za gatunkiem). Miałem jednak wrażenie się z tym zapoznając, że albo za brakło umiejętności, albo czasu. Brzmi to trochę, jakby materiału było na sporo więcej, niż te 20 minut i całość jest jakoś groteskowo upakowana, a sporo przejść temp brzmi strasznie nienaturalnie, najzwyczajniej totalnie kwadratowo. Tylko jak pamiętam, to początkowo podobnie mi się wydawało względem Elvenefris, a jednak klei się to wszystko znakomicie.
I tutaj
pp3088 pisze: 7 lat temu
Jak inne są jeszcze bardziej rzeźnickie to chyba sobie podaruję. Blastowanego brutal deathu na pełnej kurwie nie jestem w stanie słuchać.
To zupełnie nie jest tak. Sam delikatnie rzecz ujmując nie przepadam za blastowanym brutal deathem, tylko Lykanthea Aflame gra tak przez 5 sekund, żeby za chwile dojebać jakimś zwalającym z nóg riffem, zawodzeniem, albo mantrycznym tempem. Ten kawałek podany przez Czita ma po prostu dłuższe te spokojniejsze partie, bo wiele z nich trwa np. 4 minuty, a nie 9
Co do kultowości Lykathea Aflame, to pamietam Blood Music wydawał to w 2012 jakoś na winylu i płyty zeszły chyba jeszcze przed premierą, dosłownie w ciągu godzin. Blood Music to jest koleś, który wydaje Perturbatora, ten wyjebany box dyskografii Emperora itp. wynalazki. Bardzo wątpię, by należał do fanów brutalnego deathu na pełnych blastach. Lykathea Aflame gra w zupełnie innej przestrzeni. To jest w pierwszej kolejności ezoteryczna wycieczka, a w którejś tam kolejnej extremalny death. Dla mnie ten album ma więcej punktów wspólnych z
Wildhoney Tiamatu, niż z jakimiś brutal deathami

Całość tego materiału płynie wybitnie dobrze, na wyjebanych riffach.