A ja pójdę na łatwiznę i przekleję swoje 3 grosze na temat tej płyty z innego forum.
Posłuchałem dzisiaj trzeci raz "72 Seasons" i umocniłem się w przekonaniu, że jako całość bardziej mi się podoba niż
Hardwired, Wciąż jest to strasznie rozwleczone, chociaż tym razem odrobinę przyhamowali i wrażenie przeciągania na siłę poszczególnych piosenek nie jest aż tak dominujące i wkurzające. Na poprzedniku miałem swój wyraźny faworyt w postaci "Dream No More", tutaj takiej piosenki nie mam. Najbliżej jest "Inamorata", ale paradoksalnie właśnie tu najbardziej odczuwam rozwleczenie tematu ponad sens i przyzwoistość. Fajne są żywsze momenty np. refreny "Chasing Light" i "Too Far Gone?", zwrotki "Room of Mirrors" (który zawiera przy okazji jedyną partię Kirka, która zapadła mi w pamięć z tej płyty). Ogólnie druga część albumu jest dużo fajniejsza niż pierwsza. Nie wczytywałem się w teksty, ale wydają się całkiem niezłe. Podoba mi się
You are the witch, you must burn!, chyba nietypowe u nich, nawet jako metafora. Zauważyłem, że recenzenci narzekają na brak ballady. Mnie akurat jej nie brakuje. Bohaterem albumu jest Hetfield, którego wokal brzmi jakby nagrał to 20 lat temu.
Na plus dam też to, że sądzę, że fani Metalliki muszą być zachwyceni. Przy minusach, o których zaraz wspomnę, dostali album, chyba do niedawna niespodziewany, który brzmi po prostu jak emanacja Metallikowego jestestwa. Taka swoista immanencja, bo przecież mówimy o zespole, którzy zmieniał mocno swoje brzmienie i miotał się w stylistycznych zabiegach przynajmniej parę razy, a ich muzyka jest nie do pomylenia. Za to: chapeau bas!
Niestety nowy album dziedziczy większość problemów poprzednika, a nawet poprzedników. Już chrzanić to rozwleczenie kawałków, ale czemu niektóre riffy wydają się takie toporne? Już szczytem jest "Crown of Barbed Wire", dla mnie najsłabszy na płycie. Może chcieli uzyskać taki doomowy efekt, ale, kurde, nie uzyskali. Nie podoba mi się brzmienie. Wiem, że są fani tego podbicia i całego cholernego
loudness war, ale ja do nich nie należę. Nie jestem też zwolennikiem pierdoletów o za długich płytach, jakimś magicznym najlepszym czasie 47 minut, bo niekiedy po prostu ma to sens i problem jest po stronie słuchacza, który nie umie utrzymać uwagi, a nie artysty, który chce coś przekazać. Tylko, no właśnie, powinno to mieć sens. Tutaj, dla mnie, nie ma sensu. Z tego co skumałem, to płyta nie jest wcale konceptem, nie ma żadnego zwartej historii o młodości wpływającej na całe życie będącej rozwinięciem tytułu, ani muzycznie, ani lirycznie, więc parę kawałków naprawdę można wywalić i nic się nie stanie. Nawet niech sobie wydają potem EP w stylu "4 More Seasons", ja się nie pogniewam, fani się ucieszą, a maruderzy znów będą mieli używanie

No ale tutaj to psuje niezłe wrażenie.
Także tyle ode mnie, chyba kończę przygodę z tym albumem. Nie lubię wystawiać muzyce ocen, ale w skali szkolnej dałbym tu jakieś 3/5 podczas gdy poprzednia miała u mnie, dajmy na to, 3- lub 2+.