Słucham sobie ostatnio sporo Running Wild. W sumie to nawet nie sporo, tylko w chuj, bo od tygodnia nie puszczałem nic innego. Żeby było zabawniej (ahahaha, ale śmieszne! :v ), to nie puszczałem innych płyt, niż 1-4. Tę czwóreczkę to obrobiłem we wszystkich możliwych konfiguracjach, wzdłuż, wszerz, w prawo, w lewo, po kolei, nie po kolei. Rewelacyjnie mi się ich słuchało po latach, momentami łezka w oku się zakręciła za czasami młodzieńczymi a momentami nawet przyszło refleksyjne objawienie na pewne tematy.
Ogólnie za najlepszą płytę obiektywnie trzeba uznać
Death Or Glory #napółce #fp #jsn, między innymi z tego też względu pominąłem ją w mijającym tygodniu. Natomiast ciąg:
Gates-Branded-Under to wybitnie stroma górka, z każdą kolejną pozycją poziom jest windowany na coraz wyższe stanowiska, chociaż już punktem wyjściowym jest co najmniej 9/10. Debiut to już przecież absolutny cios z klamrą w postaci totalnych otwieracza i zamykacza (a i w trakcie płyty nie brakuje killerów, jak
Diabolic Force czy
Adrian Son of Satan). Następujący po nim
Branded and Exiled to jeszcze lepsza wersja debiutu. Więcej diabła, więcej mroku, zatrzęsienie hitów, żeby wspomnieć o
tytułowym czy nieśmiertelnym
Chains and Leather. Ale prawdziwy cios miał dopiero nadejść.
Pod Wesołym Rogerem to na dzisiaj srebrny medal w dyscyplinie "Najlepsza płyta Running Wild". To nie jest kopalnia hitów. To jest przemysłowa hodowla samych 12/10 ciosów z szabli i drewnianej nogi. Jak pierwsze trzy płyty są takie, że co kolejna to lepsza, tak tutaj jest tak w obrębie poszczególnych numerów. Ale najważniejszym, bo przecież totalne hity i riffy były już wcześniej, jest brzmienie. Chciałoby się krzyknąć, że prawdziwe Grieghallen, ale potem łapie się mityczny kontekst i rok wydania

No ale tak już całkiem poważnie, to za sprawą dużo cięższego, głębszego i, nie bójmy się tego słowa, black metalowego brzmienia album zyskuje dodatkowo kilka oczek ponad maksymalną dziesiątkę. Nie posiadam tegoż #napółce a jak słucham z pliczków i strimu, to łapię się za głowę co to będzie, kiedy płyta winylowa z epoki zasili bałucki regał.
Port Royal to również bardzo dobra płyta, ale też trzeba powiedzieć to głośno - słabsza od
Wesołego Rogera a także od
Śmierci lub Chwały. Także przez brzmienie. Rozumiem, zdaje się, zamysł, postawienie na totalną surowość, żeby przede wszystkim riff i refren grały pierwsze skrzypce, ale jednak wolę otchłań poprzedniczki. I chociaż oczywiście
Port Royal,
Uaschitschun czy
Conquistadores to sztosy sztosów z dyskografii Running Wild, tak z pierwszej czwórki to najpopularniejszy
Under Jolly Roger reprezentuje złoto.
Zajebiście mi ten tydzień pod kątem muzycznym minął. Zajebiście.