Źle się dzieje w Katatonii, słabe koncerty, ... Na nowy Diabolical M. nie czekam, bo ostatni album to "filmowy". Rewelacyjny, ale pytanie, gdzie miałby DM startować? w stylistyce lat 90-tych? I pewnie dziś byłoby tylko narzekanie, gdyby wrócił w tę konwencję. Ja byłbym zachwycony stylem pierwszych Katatonii... Co jest nierealne, ale klawiatura przyjmie wszelkie blubry.
Użytkownika cechuje brak gustu i w ogóle elementarna słabość do tandety muzycznej.
Życie jest kurewskie i w empiryczny sposób udowodniono, że zespoły, po wydaniu płyty w Napalm Records najczęściej prędzej lub później rozpadają się lub kończą działalność.
Ja bym tę tezę nieco zmodyfikował: zespoły mają się ku końcowi idąc do Napalm. albo łudzą się, że będą miały nowy start. Tymczasem Napalm jakoś nie potrafi niczego z tych kapel wydobyć, a może same kapele nie chcą już nic więcej?
Użytkownika cechuje brak gustu i w ogóle elementarna słabość do tandety muzycznej.
Cóż, ostatnia płyta pokazała, że ten związek się nie klei i już nic sensownego się z niego nie narodzi. Może Jonasz spłodzi coś fajnego, ale Nystroem ma rację, że powinien to uczynić pod innym szyldem. Dobrze, że przynajmniej nie batuszkują się o prawa do nazwy.
Nierealne. Nawet powrót do tego średniego okresu (czyli do VE). PL niby zatoczyli znośne kółeczko, ale Katatonia w większym stopniu była budowana na emocjach, a te już drugi raz za chuja pana się nie spotkają.
Ja tam na pewno sprawdzę, co Jonasz wymyśli. Wygląda na to, że ostatnie dokonania były efektem jakiegoś zgniłego kompromisu. Może teraz, suwerennie, będzie lepiej. Że bardziej lakierkowo? Czemu nie. Projekt z Soordem był wcale niezgorszy.
Jonasz zapewne będzie kontynuował to, co mu teraz w duszy gra, czyli zgorzkniały prog rock. Na jakikolwiek metalowy podryg nie ma mowy. Anders albo odwiesi wiosło na kołek, albo pogra w stylu Mekintosza z Paradajs Lost i stworzy jaki old school defdum projekt.
Byłem rasowym metaluchem jednakże to dawno i nieprawda a co do bycia intelektualistą to od zawsze nim byłem
Koniec końców obu może wyjść to na dobre. A tutaj była ostatnio męczarnia pod uznaną firmą.
Tak czy inaczej szacun dla Blackheima, że wyskoczył z łódki, gdy uznał, że płynie w błędnym kierunku. Lepiej późno niż później.
Może są też sobą zmęczeni pod kątem czysto ludzkim... Po prostu. Kapela to non stop życie tym. łatwo z kanapy to oceniać. Jakoś Diabolical M. nie osiągnął nie wiadomo czego. Zatem bez przesady. Nie będzie tu wielkich płyt. A Katatonia? Liczę na dobry transfer, by spokojnie przemyśleli, co dalej.
Użytkownika cechuje brak gustu i w ogóle elementarna słabość do tandety muzycznej.
Zgadzam się z przedmówcami. Oglądnąłem sobie kilka liveów w ostatniego roku AD 2024 i faktycznie można było przyciąć komara. Brzmiało to jak jakiś słaby cover band, w dodatku przeważnie występowali z jednym gitarzystą. Z komentarzy na pejs-buku ludzie narzekali że szczęśliwiec który zastąpił Andersa nie zawsze umiał odegrać w sposób poprawny przygotowany materiał.
Cóż, od 2015 zaczęło się psuć, w międzyczasie przecież mieli status ON-HOLD, a potem zamieniło się w solo projekt Jonasa. Dla mnie skończyło się trochę wcześniej. DEK z 2012 było w miarę spoko, potem już nie dla mnie. Im więcej Jonas słuchał Opetha i im lepiej i czyściej potrafił śpiewać tym mniej w tym wszystkim było tego czego tam szukałem - emocji.
Jeżeli Anders ożywi DM albo nagra coś na miarę tych dwóch odrestaurowanych kawałków z EP-ki 1992 "A Sunset Choir for the Daylight Harvest" to będę się jarał jak księga święta na koncercie Behemotha.
Screaming Into The Blackness, Needing No God But Himself
Beneath the Veil of Sanity Beats the Throbbing Process of Decay
"ja pierdolę przeczytałem cały temat Kid Rock i muszę się napić"
No, takie dosyć granie w gatunku "A komu to potrzebne? A dlaczego?". Ale jeśli jednak jakimś trzynastolatkom potrzebne, to niech se grają, co będę bronił.
Destroy their modern metal and bang your fucking head
Przede wszystkim najlepsza grafika od dawien dawna. Już dość tych ptaszków.
Taki obrazek miałem ostatnio przed oknem w schronisku... Sarenki wpadły małą bramką na dość szczelnie ogrodzone boisko na bardzo ogrodzonym terenie kompleksu sportowego i biegały w kółko w panice. Nie wiem, co się z nimi stało - po obu stronach ruchliwe ulice, do lesistych terenów ponad kilometr.
Kawałek ani dobry, ani zły. Przyzwoity.
Dobry tytuł płyty. Czekam. Bez wielkich nadziei, ale w swej naiwności myślę, że będzie dużo lepiej niż na poprzedniczce.
p.s. tak, Kata grała dla nastolatków w swej złotej epoce. Teraz gra dla zgredów, którzy dalej nie znaleźli tej jedynej i wypadli z matrymonialnego rynku. Czyli w sumie jestem targetem i zajebiście.
Dobry ten nowy kawał. Albo inaczej - krok wstecz, w dobrym kierunku. Przypomina - cóż za niespodzianka - NITND. Czyli płytę jedną z najsłabszych, ale pojawiła się ta piosenkowość, której ostatnio mi u nich brakowało. Nawet jutub to kuma, bo mi po tym videłu "Tuonelę" włącza.
Byłbym zwykłym ignorantem, gdybym o nowej płycie napisał zwykły "ziew", dlatego napisze "ziew" średni. Nie no tak na serio, to pierwszy kawałek jeszcze coś poruszył w moim serduszku. Później pojawiają się jakieś momenty, gdzie coś tam chwyta, ale jako całość jest to "ziew" jak dla mnie.
Z perspektywy gościa, który ma nawet nick od tej zacnej kapeli: nie dosłuchałem do końca i w sumie żałuję, że spróbowałem ot tak posłuchać.
Ale mam ambitny plan wrzucić to na mpchujkowy odtwarzacz i posłuchać niebawem w nocnym pociągu relacji Tarnów - Poznań Gł. Jeśli zasnę, to złożę wniosek do szanownego admina o zmianę nicku Np. na Gęgotek666.
Na pewno nie jest to płyta do przesłuchania na raz, przy obieraniu ziemniaków z Tfuskiem. Z wiekiem zaczyna mi się podobać ta nowa Katatonia, starzeję się z Jonaszem widać.
Byłem rasowym metaluchem jednakże to dawno i nieprawda a co do bycia intelektualistą to od zawsze nim byłem
Ok, widzę, że wylano na bidnego Jonasza sporo pomyj, więc sine ira et studio...
Wejście przypomina mi trochę to z TFoH. Lubię "Takeover", ale uważam go za słaby otwieracz i tutaj refleksyja jest podobna. "Thrice" jest też ewidentnie słabszy muzycznie, ale podoba mi się niepokojąca druga część, dość skutecznie nawiązująca do tytułu płyty.
Potem mamy chaotyczny "The Liquid Eye". Może go z czasem polubię, na razie znajduję wypełniacz.
"Wind of no change" skonfundował "nowych" fanów. Nie tyle muzycznie, co lirycznie. Jakieś satanizmy w metalu, pardon, w depresyjnym progrocku? Muzycznie mamy syreniczne heh-chórki i quasi-religijne klimaty. No i zajebiście, trzeba odnaleźć Chrystusa albo chociaż Szatana, a nie kwękać, że nic nie boli tak jak życie. Piosnka pewnie stanie się hitem na festach i już widzę oczyma wyobraźni tłumy szatanistów w koszulkach Mayhem czy innych Gorgorothów hailujących Szatana na koncertach Katatoniarzy... A nie, czekaj.
"Lilac" to kolejny kawałek, który szuka jakiegoś pomostu z dorobkiem i znów mamy reminiscencję z "Upadku serduszek", bo schematem mocno przypomina "Residual", ale niestety bez tamtego przebojowego refrenu. Ogólnie niezły kawałek.
Przy "Temporal" morda uśmiechnęła mi się bardziej, bo przypomniało mi się "Dissolving Bonds". Refren ciut płytki i nachalny. No nie ma, znowu nie ma tej przebojowości.
W drugiej części dostajemy wreszcie poduszkę i jest szansa zasnąć. No bo jak to? Żeby wyśnić koszmarki i mieć chujowe przebudzenie, to jednak trzeba zmrużyć oko. "Departure trails" świetnie sprawdza się w tej roli i nie, wcale nie ironizuję. To przyjemny wyciszacz emocji. Do tego stopnia, że przy "Warden" myślę sobie - kurwa, już nie wybudzaj mnie tymi progrockowymi przyspieszeniami. A jednak, chce wybudzić.
"The Light Which I Bleed" to prosty, nieprzekombinowany kawałek, w którym znajduję tę średnio-późniejszą Katatonię sprzed NITND. Podoba mi się.
Zasnę jeszcze na moment na koniec tej nocy? Tak i nawet mam przyjemne sny. Jebać to, co było, trza spalić ostatecznie mosty i iść dalej z zupełnie nową tożsamością, "a tamten rękopis spalić"... "Efter Solen" to niby wypełniacz, ale kompozycyjnie może i potrzebny.
W tym koncepcie, którego może zbyt usilnie się doszukuję, powinienem być obudzony kopem w ryj. Zamykacz wprawdzie takiego mi nie oferuje, ale to dobre kawalisko z mocno emocjonalną (jak w starej Katatonii, chciałoby się napisać) końcówką.
Reasumując, nie wiem, czemu akurat teraz, po separacji z Blakkheimem, wylano na Jonasza pomyje. Chyba tak z definicji, skoro recenzenci znajdują "Lilac" hajlajtem.
Słyszę na tej płycie opowieść o rozpaczliwym poszukiwaniu tożsamości. Czy artystycznie udaną? Katatoniczny paradoks - powinna być nieudana, bo inaczej chuj strzeli depresyjny koncept.
Fundamentalne pytanie, jakie postawił zresztą Blakkheim - czy Jonasz udźwignął zespół pod tym szyldem czy powinien kontynuować pod innym, a Kata niech rip-uje. Moim skromnym "Nightmares" bardziej nawiązuje do dorobku i jest bardziej "katatoniczna" niż poprzednie dwa pełniaki. Ergo: jest to Katatonia.
Dla mnie ziew niesamowity. Z katatonicznej formuły usunięto jakiekolwiek zapamiętywalne melodie i zastąpiono je... no właśnie czym? Ten album powinien się nazywać: "Nie graj riffów kiedy chcę sobie śpiewać, bo jak śpiewam to ja mam być główną gwiazdą". Nieprzypadkowo najlepszym utworem na płycie jest otwieracz "Thrice" gdzie Katatonia dokonuje najbardziej eksperymentalnej rzeczy od lat - nagrywa utwór gdzie jest dłuższy moment bez wokalu! No i "hail satan" był całkiem zabawny.
Do poprzedniego albumu nawet nie ma startu, wystarczy odpalić "Opaline" by poczuć te piękne melodie Andersa.
Jak już ktoś zauważył w internecie, album ten jest tak bardzo odważny że nawet ostatni Coldplay wydaje się bardziej zadziorny.
Sprawa jest dla mnie prosta - Katatonia się skończyła, a teraz nadzieja że Anders nagra coś w stylu wczesnej Katatonii z lat 00s oraz że Diabolical Masquerade powróci do życia. Takie moje życzenie na tym pogrzebie.
Screaming Into The Blackness, Needing No God But Himself
Beneath the Veil of Sanity Beats the Throbbing Process of Decay
"ja pierdolę przeczytałem cały temat Kid Rock i muszę się napić"