Wychodzi na to, że albumy koncepcyjne, to moje ulubione albumy. Lubię, gdy metal opowiada jakąś historię i ma coś do przekazania, a nie tylko to, że cię stary ruchał w pentagramie, kiedy byłeś dzieckiem. A jeśli w dodatku ten metal opowiada o mało znanej historii z czasów II Rzeczypospolitej, to już w ogóle jestem kupiony. Ale oczywiście to muzyka jest najważniejsza, a w tym przypadku jest tym, czym być powinna i doskonale koresponduje z mroczną historią sekty Muraszkowców. I idę o zakład, że gdyby chłopaków wydał jakiś modny label, zadbał o promocję, wywiady , wypuścił to na kasecie, cd, winylu oraz szpuli magnetofonowej, dodając merch od męskich stringów po bluzy z kapturem, ten motłoch długowłosych indywidualistów pędzonych owczym pędęm od reklamy do reklamy kolejnej muzycznej premiery sikały po kostkach. Mimo jednak, że promocji nie było, album odbił się jakimś tam echem i ci, co mieli go usłyszeć, usłyszeli.
A gdy obedrzesz mnie ze wszystkiego.
Gdy zniknie moje ciało, mój umysł i moja dusza, mój sen i jaźń. Zostanie po mnie tylko dziecię w Bogu umiłowane.
Jedna, jedyna.
Korosta.
