Amerykański t(h)rash, to jest wielki wał, z którego strząsane są do pisuaru kropelki moczu, a niemiecki t(h)rash, to są te kropelki. I choć przez te ponad dwie dekady słuchania metalu nigdy nie mogłem przekonać się do tego akurat podgatunku, być może dlatego, że gdy przy tanim winie koledzy w długich włosach podstawiali mi Slayera, ja akurat odkryłem Bolt Thrower i Slayer zwyczajnie ssał mi pałkę, potrafiłem docenić moc tych amerykańskich zespołów, przy których Kreator, Testament, Destruction i Wodos są niczym robot kuchenny Zelmera przy KitchenAid. Plastikowe. Jeszcze od wielkiego dzwonu zniosę Destruction z tym jego Szalonym Rzeźnikiem, ale generalnie chujnia. I jakkolwiek nie słucham t(h)rashu, jest w tym gatunku płyta dla mnie genialna pod każdym względem, płyta, którą znam dłużej, niż nawet zacząłem nałogowo słuchać tego typu dźwięków, a jest tą płytą

. Pamiętam zdziwienie kolegi normika, kiedy mu to w aucie puściłem, a on znając jedynie te pedalskie ballady z radia, był zdziwiony, że Metalika tak grała. Ano, grała. I dużo racji mają ci, którzy twierdzą, że skończyła się na "Kill'em All". Dwie kolejne płyty jeszcze nagrali, a potem już nie dało się tego zespołu w zasadzie słuchać.
A potem miałem dość metalu, zatem poleciał Henryk Mikołaj Górecki z jego smutnym piłowaniem instrumentów smyczkowych. Kwartet stringów jest prawie tal dobry jak threesome karłów i oślicy z tą może różnicą, że oślica bywa wesoła, a napewno takie są karły, podczas, gdy muzyka Góreckiego jest ponura, pokręcona, a w czwartej części owego dzieła pojebana jak wiejska śmietana. Depresyjny klimat tego utworu, nieosiągalny dla jakiegokolwiek black metalu, głęboko wbija swoje szpony w ducha, ale też działa uspokajająco.
