Awatar użytkownika
DiabelskiDom
Moderator globalny
Posty: 5103
Rejestracja: 9 lat temu

Red Smoke Festiwal, 10-12.07.2026, Pleszew

DiabelskiDom

Obrazek
Red Smołk, Red Smołk i po Red Smołku. Muszę przyznać, że festiwal świetny, zdecydowanie do powtórzenia. Impreza dla niszy w niszy poniekąd, ale wiara dopisała i chociaż nie było soldoutu, to ludzi było bardzo dużo, a przynajmniej więcej niż spodziewałem się zobaczyć na stonerowo-psycho-doomowym spędzie. Umieszczenie tego obok basenu to strzał w dziesiątkę, nigdy chyba na imprezie tego typu, a trochę ich zwiedziłem, nie czułem się przez cały festiwal tak świeży i czysty. Wszędzie blisko, ludzie przyjaźni, mało agresji i darcia mordy. Nic, tylko jebnąć ten metal ekstremalny w cholerę i skupić się na stonerstwie ;) Wracając na poważne tory, to organizacyjnie wszystko pięknie grało, zero przestojów, kolejek, awarii, opóźnień, problemów. Naprawdę pod każdym względem pozytywne wrażenia.

Red Scalp, czyli kapel organizatorów był słyszany z pola (notabene będącego za ścianą Amfiteatru) i tyle mogę powiedzieć. Słyszeliśmy bardzo duży plus, czyli cover Goat i przynajmniej trochę morda się uśmiechała przy rozkładaniu tego wielkiego gówna, w którym udajemy się w objęcia Morfeusza. Kombinat Robotron całkiem pominięty ze względu na potrzebę uzupełnienia brzusia oraz wewnętrznego alkoholika
(na marginesie: w ramach kilometrów dla metalu leciało Black Magick SS, Running Wild oraz Manowar, mieszanka różnych hitów autorstwa użytkownika DiabelskiDom)
toteż regularne chłonięcie Red Smoke Festu zaczęliśmy od dojebanego występu niejakich Samovayo, którzy zaserwowali zajebiście nośną mieszankę Clutch, Wo Fat i Kyussa. Oni spoko, fajnie, ale prawdziwy cios to nadszedł ze strony nieznanego mi Siena Root. Led Zeppelin oraz Jethro Tull z wokalem niczym Jasminy z Jess and the Ancient Ones. Psychodeliczna, heavy/psychowo-rokendrollowa jazda na pełnej z ultra dojebanym wokalem. Najlepszy występ dzisiaj. Tak, dokładnie, lepszy niż gwiazda dnia, czyli Elder. Ci to rozpoczęli od, jak się okazuje, bardzo dobrych numerów z nowej płyty, gdzie progresywnego i psychodelicznego rocka zaprzęgli do robienia tematów dla stoner metalu. Tylko potem rozjechali się i zatopili w rozwodnieniu kompozycji i chociaż zmuszało to granie do bujanka, to jednak bardzo duże uczucie niedosytu pozostało po odłożeniu instrumentów.
Na sam koniec Entropia wynudziła w chuj grając całe Vacuum, co albo świadczy o tym, że płyta przestała się bronić po latach, albo, że wyrosłem z słuchania post-metalu zatopionego w psytrance. I kiedy zniesmaczeni poszliśmy na tzw Secret Gig na małą scenę i tam chłopaki z Minor God dojebali takim hardcore punkiem, to grzechem było nie pójście ponapierdalać się pod sceną z ludźmi.

Kończąc ten krótki wywód po pierwszym dniu: nieznane kapele dojebały najlepsze gigi, orając tych, co największą czcionką byli zapsiani. Nowe, nie znałem.

A co tam się od drugiego dnia działo muzycznie? Po obowiązkowym uzupełnieniu płynów i naćpaniu się marihuaniną w żyłę ruszyliśmy w tany-tany. Na samo wejście Bazgrołki zaserwowały solidnego kopa w dupsko, bo wiecie, Bazgrołki hehe, taka nazwa, to pewnie jakieś gówienko będzie, nie to, co war metal, w którym nic nie słychać ;) a tu kawał ciężkiego heavy-psychu leciał ze sceny. Bardzo dobry cios na wejście. CV Vision spędziliśmy na oglądaniu wystaw, merchu i jedzeniu desperadosów-esplenadosów i śmianiu się z ekipą serwującą ten argentyński przysmak. Tu się zatrzymam, bo pod kątem jedzenia i picia również nic do zarzucenia, a wręcz należą się wielkie oklaski, bo jedzenie i picie było bardzo dobre, bez przeginki cenowej (w kategorii festiwalu, rzecz jasna). No więc CV Vision olaliśmy, ale za to nie olaliśmy Acid Mammoth. Potężny, doomowy ciężar wprost z Grecji wprawił nas w zajebiste nastroje. Bardzo dobry występ i idealne przygotowanie przez kolejnym, który był z zupełnie innej parafii. Poison Ruin. Znałem to z nazwy, kojarzyłem okładkę z rycerzykiem, ale muzyki jako takiej nie znałem. A panowie grają sobie lochowy post punk, czyli do szybkich postpunkowych strzałów wpierdalają dungeon synthowe klawiszki i wychodzi z tego doskonała muzyka do tańca. A jeszcze dodam, że jako wizualizacja puszczana była rozgrywka w Diablo, i to nie z pliczku, tylko gość sobie centralnie obok siedział z lapkiem i grał. Zapamiętywalne, oryginalne, nośne, zajebiste granie. Zostałem fanem i od rana słucham przede wszystkim tego.

Warning muzycznie zajebisty. Tak, naprawdę mocarny, funeralny wręcz epic doom metal. Klimat wespół z ciężką wagą tego przedsięwzięcia sprawdził się idealnie w Amfiteatrze pleszewskim. Jednak co z tego, skoro dla mnie ten zespół leży przez wokal. Nie jestem w stanie przebić się przez to zawodzenie i smutaśne jęki. I chociaż obejrzałem całe i nie mogę całościowo powiedzieć, żeby to był zły koncert, tak sporą część wrażeń zepsuły mi wokale. Ale uczciwie powiem, że nie słyszałem, żeby ktoś narzekał. No i wychodzi na to, że epic/doom na Red Smołku także pasuje i się sprawdza.
No i na zakończenie - mega zaskoczenie. Nie znany nikomu z naszej ekipy Arcane Allies. Wyszły na scenę jakieś Turasy czy Hindusy i zaczęły napierdalać mieszankę heavy-psych z berlin school. Lol iksde, jak to zajebiście wypadało na żywo, jak pasowało i jak dawało energii i kopa. Kompletnie nieznany zespół a przyłożył tak, że nie było co zbierać. Idealny strzał energii na zakończenie dnia drugiego. I tutaj też się zatrzymam, bo przed nami dzień kolejny!

Trzeci dzień. Oj, ten trzeci dzień. Poza kończącą Slomosą nic nie znałem, nawet z nazwy. Było to poniekąd ciekawe doświadczenie, bo też specjalnie nie słuchałem sobie jakichś wyrwanych z kontekstu kawałków, żeby pierwszą styczność z nowymi dla siebie zespołami mieć konkretnie, tj na żywo przy pełnym secie.

Basenik, odświeżenie, złożenie obozowiska i zataszczenie tego do Wesołej Kijanki, wszystko ogarnięte zatem zaczynamy ostatni dzionek. Pierwszą oglądaną kapelą był Madmess. Całkiem przyjemny stonerek, nie jakiś mega porywający, ale zgrabny do niespiesznego sączenia piwka. Za to żywe zainteresowanie wzbudził następny kapel, a dokładniej rozstawianie przez nich szpargałów na scenie. Otóż kapela Doom Gong wtargała na scenę gong, ale jednocześnie wtargała też coś w stylu bongosa oraz dwie perkusje (!). A jak zagrali? Otóż początek był mocno taki sobie, brzmiało to jak jakieś rozmyte jazziki, podlane mdłą psychodelią. Ale od drugiego kawałka zaczęła się totalnie inna jazda. Coraz więcej, coraz mocniej, coraz szybciej, coraz gwałtowniej. Kolejne kawałki z jazzo-psycho rozwijały się w dzikie, psychodeliczne zasuwanie na wszystkim na raz, podkręcane przez napierdalające na raz obie perki. W pewnym momencie w ten megabodźcujący wygrzew wjechał płynnie motyw z Paranoid i równie płynnie z niego wyjechał. Miny i ogólnie taniec wokalisty, energia jaką ten występ emanował dodawały jeszcze więcej plusów dodatnich do całościowo totalnie oryginalnego grania. Dawno podczas gigu nie miałem tak, że od marudzenia w pół godziny przeszedłem do podziwu. Naprawdę, szanuję w opór.

Kolejną kapelą była Margarita Witch Cult. Nazwa ciągle kojarzy mi się z pizzą i przez to umyka mi nieco stopro poważne podejście do ich retro-occult-doomu-stonera, ale muzycznie pokazali się od zajebistej strony. Taki właśnie retro-Birmingham-cult. Black Sabbath a do tego Conan, Khemmis, takie klimaty. A pod sam koniec wokalista zapytał, czy chcemy 10 more songs. Chcieliśmy, więc zajebali medleyem sabbathowskim na pożegnanie. Bardzo to wszystko było niewymuszone, luźne, a jednocześnie muzycznie zero heheszków. Zresztą cały czas później widziałem ich, jak stali tu przy piwku, tam przy merchu, tu się gdzieś kręcili i ciągle uśmiechnięci rozmawiali z ludźmi o dupie Marynie.

Travo jak mieli próbę, to już wtedy czułem, że to będzie czołówka festiwalu. Wyobraźcie sobie space rock/heavy psych/psychodelic rok, tylko zagrany 10 razy szybciej niż normalnie, z wręcz punkowymi wiosłami i z krzyczącym wokalem, gdzie na wszystko grubą chochlą walone są sample niczym z jakiego Tangerine Dream. O takie ciężkie psychowanko nic nie robiłem, godziny występ zleciał szybciutko niczym ich poszczególne kawałki, grające z prędkością światła. Niby tak prosty zabieg, a ile radości dał. Zdecydowanie czołówka RSF 2026 i zdecydowany top ostatniego dnia.

No i na sam koniec została Slomosa, czyli główna gwiazda dnia numer trzy. Z płyt mają to do siebie, że grają stosunkowo lekko, ale na żywo widziałem już któryś i zawsze kilka kilogramów dokładali. Zresztą na trzy gitary jechali, i nawet jak jedna zastępowana była tamburynem, albo druga szyła psychodeliczne wianki, to i tak czuło się ten większy ładunek mocy. A sam występ? Bardzo dobry, dużo lepszy niż na Mysticu ostatnio, przede wszystkim za czas umożliwiający zrobienie pełnego seta. Wspomniałem o niewymuszoności recitalu Margarity i tutaj jeszcze bardziej się to odczuwało. Luźna, naturalna konferansjerka, nieopierająca się tylko na "Poland, you are great, thank you so much", śmichy chichy o piłce nożnej, tu jakiś żarcik. Poza tym zajebiście było widać radochę z grania i z przyjęcia ich przez publikę. Muzycznie bardzo nośny stoner rock/metal, przebojowy, wytrawny i po prostu fajny w odbiorze. Grubo po północy skończyli, potem jeszcze podziękowania od organizatorów, ostatnie piąteczki z sąsiadami obozowymi, ekipą od empanadosów-desperadosów i do domu czas ruszyć, bo na rano do roboty.

Świetny fest w niszowym klimacie, jak najbardziej polecam, zachęcam i z pewnością kiedyś jeszcze odwiedzę. Stay doomed (and stonered)!
Panzer Division Nightwish

Tagi: