Na temat tego zespołu nie wiem właściwie zupełnie nic poza tym, że rezydują w Wielkiej Brytanii, maja na koncie kilka demek i jedynek pełniaka "Eðelland" z 2011 roku. Na MA brakuje fotki i składu - pełna konspiracja. Wytwórnia określa ich jako Anglo-Saxon Pagan Black Metal, no niech im będzie... Pełniak przynosi 47 minut muzyki i prostych (ale jednocześnie momentami bardzo wpadających w ucho) 9 kawałków. Właściwie to mniej, bo część z tego to krótkie instrumentalne przerywniki. Bardzo fajna płytka. Jedyne co mogli sobie darować to solówki, bo np. w takim 6 kawałku gitarowe solo nie dość że jest szpetne to jeszcze rujnuje cały klimat.
Posłuchałem przez weekend parę razy tej Eðelland i jest to przyjemna płyta, która absolutnie nic nie wnosi tak do gatunku, jak i do mojego życia. Mam nadzieję, że do życia twórcy/twórców coś wniosła. Takie trochę primordialowanko po kastracji.
Destroy their modern metal and bang your fucking head