No ja napiszę więcej o muzyce, bo jedyną kapelą z której nie widziałem przynajmniej dwóch kawałków, był Morghuul i to tylko dlatego, że jak dokończyliśmy drineczka i piweczko i przyszliśmy do grodu o 15:25, to ludzie już wychodzili po występie. Nie wiem, czemu grali tak krótko, ale cóż zrobić.
Za najlepszy występ pierwszego dnia uważam... nie, nie Sarcofago. Najlepszy koncert dał moim zdaniem Baphomet's Blood. Dojebany w chuj był ten ich przyczerniony z deczka Motörhead-worship, a jeszcze na koniec jak zagrali
The Boys Are Back in Town, to kilka osób od nas z paczki do dzisiaj chodzi i to nuci. Drugim sztosem z dnia pierwszego był, nieznany mi wcześniej, Diabolic Night. Ależ to był dojebany speed metal. Również z lekką posypką z sadzy a jak wjechała ich wersja Kata, to w ogóle można było się uradować. I taka konkluzja: ten występ rucha nową płytę Cruel Force, aż huczy!
Sarcofago może nie wymieniłem od razu na wstępie, ale to nie znaczy, że zagrali słabo, o nie! W internecie, na Polskim Środowisku Kolekcjonerskim i na różnych spierdoxowych pejach pojawiają się bóldupiące głosy, że to coverband i gówno, z reguły spod palców tych, których nie było na festiwalu

A ten właśnie coverband i gówno w jednym przyłożyło takim
I.N.R.I. czy
The Laws of Scourge, że nogi same niosły mnie w młyn. Dawno się tak nie wyszalałem pod prąd, co czuć trochę na całym ciele, ale było warto gdyż taki ból, to zajebisty ból.
Sortileż spoko, tak w sumie trochę jak spowolnione Iron Maiden, posłuchałem, pokiwałem głową. Thorybos podobnie, chociaż tu może niekoniecznie Iron Maiden

ale zgrabny i sensowny warmetal. Aha, te dwa na początku to nie znałem wcześniej, takie spoko granie, ale chyba niekoniecznie na wielkie powracanie. Niemniej nie było to gówno.
A w drugi dzień Ejecutor. Przede wszystkim oni, bo dali najlepszy gig z soboty. Nie znałem wcześniej, nic nie słyszałem, Titek polecał, więc zaufałem i wyszedłem na tym bdb. To w ogóle stara kapela, jak się okazało i trochę wydawnictw już najebali, zatem #będziesłuchane. Bestialskie granie z Ameryki Południowej, więc siłą rzeczy musiało to być dobre, ale miejsce na distrojerkowe pochody na wieśle też się znalazły, nie ma to tamto!
Drugie miejsce zajmuje stara rura, co darła mordę jakby ją obdzierali ze skóry egzekwo z młodymi rurami, które darły dla odmiany mordę, jakby im ktoś wypalił gardło kwasem. Czyli Acid i Infaustes. Pierwsze bardzo dobre, speedmetalowe granko z pazurkiem, Kate również w formie, przyjęcie więcej niż dobre. Drugie złożony z samych lasek warmetal z Paragwaju i niby nic specjalnego, a słuchało i oglądało mi się świetnie, zwłaszcza po piwko-thrasho-polo w wykonaniu Tankard. O, ci to mnie wymehowali strasznie. Dwadzieścia lat temu bardzo mi się podobało, dzisiaj słabizna, żenujący festiwal fajnothrashykowej potupajki dla starych dziadów. Ale przyjęcie mieli również bardzo dobre, więc chyba zadowoleni.
Co tam jeszcze? Aha, Possession. No i chuj, no i cześć, tutaj to samo co na ostatniej płycie i na lutowym koncercie. Przebasowane, mdłe i bez przyjebania (które powinno być, patrząc na to co i jak wycinają wiosłowi oraz Romain na garnkach). Nie wiem o co im teraz chodzi, ale do mnie to nie trafia.
No i to by było na tyle. Towarzysko festiwal jak zawsze 12/10, nie bez kozery poza muzyką istotną częścią Byczynki są te same oraz nowe mordy do przybijania piątek, spożywania używek i kradnięcia koni. Czy to nieznany nikomu ziomek, który rozłożony ze swoim pojedynczym namiocikiem staje się stałą częścią festiwalowego życia, czy to poznajesz zioma, który pojawia się w obozie zwabiony przyśpiewkami zespołu pieśni i hajlowanka Honor i zaczynacie gadać z nim o polityce, czy też przesympatyczne rodzeństwo w wieku poniżej 20 lat, którzy zjawiają się znikąd w obozie, żeby pogadać i się poznać i właśnie okazują się przemiłymi ludźmi, od których żałuję, że nie wziąłem kontaktu. Plus jeszcze przygody po drodze, zaczynające się od nieplanowanego wydatku na naprawę auta, przez dzwona, którego zafundowała mi jakaś babka, kiedy ratowałem gołębia przed rozjechaniem, aż po rozładowany akumulator na sam wyjazd. Przygoda za przygodą, kierwa, ale koniec końców, festiwal, wyjazd, ludzie jak zawsze dojebani w chuj.
Ach, zapomniałbym od Midnight Odyssey na warmupie. Myślałem, szczerze mówiąc, że to będzie słabe, po pierwszych taktach i graniu z automatem dalej tak myślałem, ale od drugiego, trzeciego numeru się rozkręciło i naprawdę dobrze jechało. Atmosferyczny bleczor o gwiazdach, ale miało to szponka i ząbek i trochę gryzło. Ludzi się zbierało coraz więcej i więcej, a i pod sceną zrobiło się tłoczniej, więc chyba nie jestem w takiej opinii odosbniony
