Martwych Kennedych jakoś pominąłem w tych ostatnich odsłuchach ale nie dlatego, że nie lubię. Debiut i dwojka relatywnie w rotacji u mnie funkcjonują. Debiut to sztos. kalifornia... to tylko wierzchołek góry lodowej.
Za to z hardcorka leciały u mnie dziś te 2 a wcześniej bardziej crosoverove Cro-Magsi kryminalnie niedoceniany (zapomniany ?) Leeway.
Dla mnie ten album oddziela stare płyty DF od nowych. W tych nowych znać bardziej przemyślane kompozycje, jest więcej zmian temp, lepsze brzmienie i dlatego częściej wracam do nich, aniżeli pierwszych. Na Saligii to się zaczęło, ale jest też tutaj dużo pierwiastka "depresyjnego" i to tak dobrze nagranego, że uważam tę płytę za smutniejszą od muzyki misiów panda, które byciem smutnym zajmują się na każdym wydawnictwie. W tym samym czasie R. bawił się w Thoth , gdzie znalazły się podobne patenty muzyczne i mam wrażenie, że na Saligii wrzucił odpady właśnie z sesji nagraiowej do tych dwóch płyt jego projektu.