Feścik, feścik i po feściku. Zupełnie jak ze świętami. Natomiast, jak zawsze był to zajebisty spęd, idealnie dobrany wielkościowo, kapelowo i towarzysko-imprezowo. Tym razem w relacji wprowadzę nieco inny układ, nie będę leciał po kolei występami, które widziałem, a jedynie uszereguję je pod względem zajebistości.
Pierwszego dnia, co było zresztą do przewidzenia, Triptykon zmiażdżył cały festiwal. Najlepsze brzmienie, jakie kiedykolwiek tam słyszałem. Totalny cios dźwiękowy a i setlista wspaniała, bo np w końcu udało mi się usłyszeć
Aurorae. Ale też poza standardami w postaci np Keltikowego
Procreation mogliśmy usłyszeć
Sorrows of the Moon i
Synagoga Satanae. Kisiel w portkach, drganie wnętrzności i potęga Tomka. No i poradnik jak szybką muzykę grać wolno
Bardzo, ale to bardzo podobało mi się też Cult of Fire. Set był w sumie taki sam jak półtora roku temu w Gdańsku, może brakowało owocowych czwartków zastąpionych przez kwieciste piątki, ale ten zespół na żywo zawsze warto oglądać i słuchać (przy
Khanda Manda Bdb Kolegi i ultrawchujiwkurwę chwutliwym motywiku z drugiej części kawałka nogi same rwą się do tańca a brzuch do gibania).
Species bardzo miło otworzył festiwal. Zespół bardzo lubię i cenię i tym razem się nie zawiodłem. Ciśnienia nie znałem z muzyki, tylko z nazwy, poszedłem poniekąd za polecajką znajomego i w zasadzie podobało mi się na tyle, że zostałem cały występ. Instrumentalny, zakręcony post-avant-jazz metal na dwa basiory, saksofon i skrzypce. Sigh dużo lepiej niż w Poznaniu ostatnio. Była ów panienka Miki, której najwidoczniej zapłacili za pożądne pranie ( xD ) a i do tego jeszcze gekona ze sobą przytargali, który machał nunczakiem i "grał" na bongosach. Niemniej set bardzo ładny, elegancki brzmieniowo i przemilutki setlistowo. Ach, jeszcze Of Feather and Bone, który w końcu udało mi się zobaczyć na żywo, bo nie musiałem akurat wtedy z Dorotką jeździć na wakacje. Wszedłem jak do siebie, ponapierdalałem się z towarzystwem w młynie, poprzybijałem gratulacyjne piątki i wyszedłem w chuj usatysfakcjonowany dzikością wymieszaną z perfekcją.
Dorotka wyciągnęła mnie jeszcze na Lucifera kawałek i spoko, fajne, ale tak sporą część patrzyłem na zegarek, żeby zdążyć na Piórko i Kostkę. A po festiwalu chodziliśmy na kremów.... eee tzn na śpiewanie XIII Stoleti na Parking Stage.
Dzień numer dwa był zasadniczo najsłabszym i najmniej interesującym mnie dniem Summer Dying Loud. Zacząłem go w ogóle od dwóch chujni znanych mi z nazwy, a nie z muzyki. Pierwszą był Königreichsal, który ledwo zmęczyłem. Nudne, black metalowe dziadostwo. Licząc na poprawę nastroju pobiegłem pod główną scenę na Ponte del Diavolo, które okazało się chyba jeszcze gorsze. Wokal momentami wręcz nie do przejścia a muzycznie coś na przecięciu black metalu i psychodelicznego rocka. Kosz.
Kiedy już jednak spłakałem się znajomym na Gastro Stage, poszedłem na koncert Blaze Bayley'a. I to był najdojebańszy gig dnia drugiego. Jak tam było śpiewane! Chuj, że połowa to były jego solowe numery, których nigdy nie słyszałem. Druga połowa, to były świetne, podkreślam, ŚWIETNE kawałki Ajron Mayhem z niedocenianej ery, a które są przekozackimi pieśniami. Rewelacyjne brzmienie. Zabawa ludzi na pełnej, która ewidentnie udzielała się muzykom, bo były wyskakiwanki na przód, śmiejące się ryje, machanie gitarami. Aj em de kleeeensmeeen! Plus aura, czyli zapadający zmierzch, piętrzące się chmury i wszechobecna szarość. Przepiękny set, przepiękny koncert, prawie łzy w oczach.
No a po Blejzie wyszedł Nergal, którego każdy chce jebać, a po występie którego nie słyszałem nawet pół słowa narzekania. Przedokurwiony, skurwysyńsko black metalowy występ tegoż jegomościa wespół z kolesiami z Misthyrming. Cały
Sventevith plus bonusik z EPki na zwieńczenie i kapciowo-komputerowi "black" metalowcy uciekają przeorani. Pozerstwo wyczuwa się na odległość. Tutaj był karwasz na ryj pozerstwa i jeden z czołowych setów SDLa.
Sam Misthyrming był zresztą obejrzany w tej strasznej Krypcie, do której nie da się wejść i ojejku coś tam BHP i ojejku coś tam piłem piwko i chciałem wejść w połowie i się nie dało. Ja wszedłem na luzie, nawet ochraniałem hehe dwie przesympatyczne, drobiutkie koleżanki stojąc za nimi w nakurwiającym tłumie. Wielki kolega nie dość, że wszedł, to się wpakował pod scenę i każdy był zajebiście zadowolony niczym pewien cwel ze swojego marnego życia u boku manacicy. Bardzo dobry, szczery koncert i chociaż na sam zespół po drugiej płycie wyłożyłem roladę, to tutaj nie dało się nie docenić ich recitalu.
No i pozostał
ostatni dzień, czyli numer trzy. Wracając do systemu z dnia pierwszego, to absolutnym rozkurwem był dla mnie Årabrot. Słyszałem o nich już dawno, dawno temu, nawet znałem lekki rys biograficzny, czyli że np lider tworzy ten kapel wraz ze znano żono Karin Park (kolabo z Lustmordem słuchane #przedyogiem), ale samej kapeli nigdy nie sprawdziłem. A wyszedłem z ich gigu pozamiatany po całości. Doskonale koncertowa mieszanka post punka, noise rocka, neofolku i fenomenalny, mega rewelacyjny i przezajebisty wokal Karin. No zakochałem się z miejsca w norweskiej Helence Bohnam Carter. Wspólnie odśpiewaliśmy nieznane wcześniej hity, tak były nośne i zapamiętywalne. Prześwietność.
Drugim, porównywalnie zajebistym ciosem była, także w Krypcie, Saturnalia Temple. Słodki Jezu z galaretką, bitą śmietaną polan i porzeczkami udekorowan, jakie to było doświadczenie. Jaki to był doom, jaki to był heavy psych na pełnej, jaki to był trans. W ogóle zaczęli od
Black Magic Metal z najlepszej płyty, a kiedy później dołożyli z
Aion of Drakon, to o mało co, a prysznic w dupy ze szczęścia stałby się u mnie faktem.
Dool bardzo przyjemny, nie-binarna front-osoba ładnie czarowała głosem pod akompaniament gotyckiego rocka/metalu mieszanego z solidną psychodelią. Było w tym coś z The Devil's Blood, tylko dużo wolniej, dużo spokojniej, ale nie mniej diabelsko. Nevermore również, nawiasem mówiąc duuużo lepszy koncert niż sprzed miesiąca w Wawie. Oczywiście wiadomo, że wtedy support a teraz headliner, ale pomijając długość, gry i zabawy pomiędzy utworami, to ja w tym czułem jeszcze więcej chęci grania i radości z występu. I chociaż, tak jak pisałem w wątku, nie jestem fanem całościowo żadnej płyty, to jednak kilka hitów wysokiej jakości mają na swym koncie i prawie każdy z nich wczoraj poleciał.
No i na koniec cóż, zawód. Bo Ahab miał odegrać materiał z debiutu, który jest wzorcem funeral doomu i jedną z najlepszych płyt, jakie w tym gatunku powstały. A chuja zagrał, bo prawie cały set, to były rozmiękczone numery z późniejszych płyt. Czyste wokale i akustyczne plumkania. A gdzie growle z debiutu, ja się pytam??? Płyta, gdzie nawet pół słowa nie jest wyśpiewane czymś innym niż ryk. Oczywiście w ciężkich momentach gadało to bardzo ładnie i naprawdę pod kątem aury wpasowało się idealnie. Ocean, ciemności, przestwór a do tego kropi, wieje wiatr i jest zimno. Dopasowanie wręcz doskonałe. Zatem nie powiem, że występ słaby, ale zdecydowanie poniżej oczekiwań.
Aha, zapomniałbym o Jesu. Bardzo dobry występ, niekoniecznie kameralny, bo brzmieli dosyć ciężko, ale wespół z wizualizacjami i czystymi wokalami wypadło to więcej, niż dobrze. Tylko trzeba było uciekać na najlepszy koncert soboty

Thy Worshiper poprawnie z plusem. Obejrzałem całe, powiedziałem aha i wcisnąłem OK.
I tak minął mi Summer Dying Loud 2026. W przyszłym roku też z pewnością wdepnę, bo Barszczu z Ekipą robią doskonałą robotę. Jak zawsze pełne wsparcie. Uczęszczajcie na gigi, na festiwale, wspierajcie scenę i napierdalajcie bańką. Pozdrowienia dla spotkanych
@Nathasa, i
@brzaska, z którymi sporo pogadaliśmy i nawet trochę spożyliśmy oraz
@synu, którym mamy, jak się okazuje wspólną ekipę. Śpiewanie z Madzią po czesku zawsze w mym serduszku
