Od kilku dni wracam do nowego albumu i dalej nie do końca wiem, co o tej płycie myśleć. Są tu rzeczy, które bardzo mi siadają, zwłaszcza numer tytułowy i "Tundra, Heart of Hell". W takich momentach ten chłodny, elektroniczny klimat robi robotę i właśnie takiego Mortiisa słucha mi się najlepiej. Gorzej, kiedy zaczyna się za bardzo rozłazić. "Return to the Old Fields" czy "Transcending Morpheus" ciągną w stronę new age’u, rytualnych wokaliz i takiego długiego snucia, które u mnie zwyczajnie nie działa. Gości jest sporo, dzieje się dużo, ale nie zawsze mam poczucie, że coś z tego wynika. Największy problem mam chyba z długością części numerów. Spokojnie można by z kilku wyciąć po minutę czy dwie i raczej nic by na tym nie straciły.
mam wersję deluxe czyli dwie płyty i razem ponad półtorej godziny grania
Podstawowe 50 minut jeszcze daje radę, ale półtorej godziny deluxe to już egzamin z odporności.
Największe zaskoczenie to kawałek Tundra, Serce Piekła, który jest 100% depechowankiem
U mnie też ten numer jest jednym z mocniejszych punktów płyty. Mortiis na chwilę przestaje gadać z duchami i robi po prostu depechówkę
Niedługo po albumie wyszła jeszcze EP-ka
"Farewell Romero" z alternatywnymi wersjami numerów z
"Ghosts of Europa". Dla mnie to raczej ciekawy dodatek niż coś, co zmienia odbiór samej płyty, ale warto sprawdzić, szczególnie jeśli komuś podeszła jej spokojniejsza, bardziej klimatyczna strona.
Finalnie są tu dwa, trzy numery, do których na pewno będę wracał, ale całej płyty raczej katował nie będę. Do pociągu i patrzenia przez okno na stare pola Europy jak znalazł

Może jeszcze z czasem coś przeskoczy, bo klimat zdecydowanie tu jest.