Jak pewnie wielu forumowiczów, pierwszym nośnikiem, z jakiego słuchałem muzyki były kasety magnetofonowe (oczywiście nie wykluczam, że są tu wampiry, dla których był to patefon). Zdecydowanie nie wspominam tego formatu z ciepłem w sercu. Kiedy jakiś czas temu czytałem o fali nostalgii do kaset i ich rzekomym powrocie, skrzywiłem się jak po współczesnej im gumie Shock. Kurwogenne przewijanie hałaśliwymi przyciskami, to uczucie pustki, kiedy taśma została wciągnięta przez taniego Walkmana i uszkodzona… Nie, nie, nie, te czasy już nie powtórzą się (i bardzo dobrze).
Nadejście płyt CD było wielkim udogodnieniem. Możliwość swobodnego przeskakiwania między utworami i puszczania w kółko ulubionego utworu to dziś rzecz trywialna, ale wtedy zupełnie nowa jakość, a ponadto płytę kompaktową trudno uszkodzić, o ile nie rzuca się jej na dywan. Jakość samego dźwięku była na początku rzeczą drugorzędną, bo na sprzęcie, na jaki mógł sobie wtedy pozwolić przeciętny Polak efektu ŁAŁ i tak nie było. Później uległo to zmianie i wielu ludzi miało już domach jako-takie wieże stereo, ale…
… ale wkrótce miała nadejść era empetrójek, która trwa nadal pomimo mnogości i dostępności formatów bezstratnych. Sam słuchałem mp3 prawie całe studia z uwagi na mobilność i wygodę, ale jednocześnie na boku zbierałem CD, co często kończyło się przymieraniem głodem przez brak środków na pożywienie.
Obecnie, od kilku już lat, sukcesywnie pozbywam się mp3 (wykoczowanych jeszcze m.in. na eMulu) na rzecz flac’ów i innych małp, które to pliki bezstratne stanową już 90% mojej cyfrowej kolekcji. Oczywiście trzeba zaznaczyć, że usłyszenie różnicy między dźwiękiem w jakości CD a mp3 w jakości standardowej (160 – 192kbps) na małomiejskim sprzęcie wymaga wytężenia, natomiast w przypadku 320kbps na sprzęcie poniżej średniego zakresu jest to już rzecz niemal niewykonalna nawet dla muzyka.
Sądząc po wyprzedażach kolekcji na tym forum, nie tylko ja doszedłem do wniosku, że zbieranie płyt CD mija się z celem, skoro dokładnie te same dane można mieć na dowolnym nośniku dzięki dystrybucji cyfrowej. Płyty trzeba gdzieś przechowywać, wycierać z nich kurz i ogólnie się z nimi obchodzić, a i tak jest to dokładnie to samo, co na twardym dysku. Ponadto dochodzi jeszcze aspekt edycji specjalnych, limitowanych, reedycji, różnych pressingów, remasterów – jeżeli ktoś jest koneserem, to na taką kolekcję trzeba zarezerwować pokój.
Powyższe jest wg mnie jedną z (JEDNĄ z) przyczyn renesansu płyt winylowych. Rozumiem zamiłowanie do tego nośnika i całej tej celebracji związanej z kupowaniem, odtwarzaniem, pielęgnowaniem winyli, chociaż tego zamiłowania nie podzielam. Mimo wszystko winyl – w odróżnieniu od płyty CD – ma swoją duszę.
No ale ja chciałem o zerach i jedynkach. Co Wy sądzicie o muzyce cyfrowej, na jakim hardwarze i softwarze jej słuchacie?