Pomarudzę. Po paru (parunastu?) przesłuchaniach.
Bardzo, ale to bardzo pasował mi kieurnek rozwojhu Terror na "Pain into Power". Była tam hardcore'owa energia, moc i wpie***l, ale też dużo brudu (dźwiękowego, przesterowego, pogłosowego) i opresji wobec słuchacza, wziętych z metalowego filara hc/crossover. I być może niepotrzebnie nakręciłem zbytnio na nowy album, licząc że będzie kontynuował tę ścieżkę?
Bo przcież nie jest to zła płyta. Wręcz przeciwnie - esencjonalny hardcore, chyba rzeczywiście w NY stylu. Krótkie, konkretne kompozycje, niezmienny przekaz, zajebista okładka, świetne wstawki muzyczne (acidowa (?), trip-hopowa (?) w Beauty In The Losses i jazz/old-school rapowa w Deconstruct It). W formie muzycznej to próby nawiązania do czasów chyba "Keepers of the Faith". No tylko, że tu nie ma tylu świetnych melodii, nie ma tylu zajebistych refrenów opartych na riffie i nie ma tej agresji. Poza singlowymi kawałkami, trochę mi się ten materiał zlewa w takie typowe wypełniacze. Które swietnie zabrzmią na żywo (bo Terror na żywo brzmi po prostu rewelacyjnie), ale na płycie już niekoniecznie.
No i brzmienie. Tutaj mam chyba najwięcej uwag. Wokal, jakby schowany i wycofany - a był te jeden z głównych elementów ofensywności tej muzyki. Gitary - ciężkie, momentami bardzo ciężkie, ale nie ostre, tylko takie brzmieniowo bezpieczne. Do perkusji i basu nie mam uwag. Ale mam wrażenie, że tym nie do końca trafionym brzmienie, chłopcy stępili sobie o połowę emocje, które chcieli przekazać.
Brak hiper-entuzjastycznego odbioru nie zmienia faktu, że Terror poważam. I to bardzo. I spodziewałbym się, że na żywo - a będzie w PL parę okazji tego lata - ten materiał się sprawdzi. I to może być najważniejsze, bo dla hardcore'u - jak dla mało którego gatunku muzycznego - warunkami naturalnymi są scena (lub jej brak) i publika, a nie studio.
PS Tak w ogóle, to cześć wszystkim.
