Pierwsza wizyta w zgierskiej Agrafce zaliczona. Bardziej pubik niż klubik, oldskul na pełnej, ale krafty w lodówce stały, więc elo. Wieczór z podziemnym metalem na pełnej, swoje recitale zaprezentowały takie ansmble pieśni i instrumentów jak Grenade, Persecutor i Moloch Letalis. Pierwszy to ostry Lipali vibe, taki trochę thrash, trochę polski alternatywny metal z lat 90tych, trochę Kazik
Persecutora widziałem 2627274 lat temu i od tamtej pory to progres w chuj ten zespół zrobił. Paweł, co gra u nich teraz na garach, to przechuj, szybkość i precyzja niczym u Lombardo. Lider, Wojtek tak samo, zajebisty wiosłowy, co widać było jak wywija na swoim wieśle. Wściekła mieszanka thrashu z blackiem do której nie sposób było nie ruszyć czaszką w chwilach, kiedy nie podziwiało się kunsztu instrumentalistów.
Molocha widziałem na żywo pierwszy raz i no panie, ogień z dupy. Totalnie bezkompromisowy, podziemny napierdol. Pięści były wznoszone, kudły i łysiny non stop w ruchu a na scenie szalała diabelska burza do której można było zatańczyć kurwa w piekle. Sześć! Sześć! Sześć! Diabolizer to też przeskurwysyn na garach, zupełnie inaczej niż Paweł, tutaj szybkość szła w parze z kontrolowanym chaosem. Dzicz i rozpierdol. Za 40 papiera aż żal było odpuścić. Na szczęście Wojtek mówił mi po gigu, że nie było straty, co cieszy.