Wy tu gadu-gadu o najnowszej płycie, a ja jej nawet nie słyszałem. Za to słyszałem
Najdalej Wysuniętą na Północ Krainę. Słyszałem, jarałem się we wczesnym liceum, jarałem się jeszcze bardziej będąc coraz bardziej świadomym słuchaczem i oczywiście jaram się do dzisiaj. A dokładniej jaram się teraz, bo udało mi się zdobyć jedną z najlepszych ze ścisłego podium płyt projektu Blut Aus Nord. W rozumianym przez niewielu oświeconych półtora pressie (ang. 1,5st press :v ), czyli wydaniu numer dwa na szlachetnym nośniku z początku roku 2012 na przezroczystym, czyli domyślnym placuszku. Zapytacie się pewnie, jak się prezentuje ten cud winylarstwa? Śpieszę z fotką.
Bardzo bliska oryginalnej okładka, bo ten późniejszy kloc lodowiskowy to jakaś aberracja. Można się przyjebać do tego sepiowatego odcienia, ale tak czy inaczej cieszy oko. A w dużym formacie cieszy podwójnie. A muzycznie? Borze gęsty zwierza pełen! Ja ogólnie dość dawno nie słuchałem w ogóle BaN, ostatni raz z roku temu, jak nie lepiej. Była to sesja z
Ultima Thulee właśnie i było to wrażenie niezapomniane. Dzisiaj jak położyłem album na talerzu, to... brak słów, jak to zażarło. Siedzę i ledwo trafiam w klawisze, tak jestem otumaniony wikingową potęgą i ambientowymi podmuchami lodu, które zieją z moich ELACi. Album spięty klamrą najlepszych z najlepszych utworów z tegoż, czyli
The Son of Hoarfrost oraz
The Last Journey of Ringhorn. Niesamowita płyta. Chylę czoła.