Polecam opowiadanie Ladislava Klimy , które było inspiracją do nagrania tej płyty przez Plastyków.
Metalowcy są trochę jak blachary z wiejskich dyskotek. Obie grupy to brudasy, one zbyt często chwytają za siusiaka, a metalowcy za gitarę. Stąd w metalu klęska urodzaju, ale też jest to jeden z powodów, dla których tę muzykę lubię. Poszukiwania i odkrywanie nowych kapel są frajdą samą w sobie, choć fakt faktem, że dobry zespół trafia się na kilkanaście gównianych, które jedynie kradną czas słuchacza i dlatego wolę, kiedy tę czarną robotę odwalacie za mnie Wy. No i wczoraj jeden z forumowych arbitrów muzycznej elegancji był łaskaw rzucić kikoma nazwami, a ja postanowiłem sprawdzić, czy pośród nich nie kryje się jakaś prawdziwa perła metalu, przy której wzniósłby się mój miecz wikinga. Zacząłem od amerykańskiego Invultation i płyty "Feral Legion" , która jednak powinna raczej nazywać się "Fekal Legion".

Muzyka na niej zawarta, to raw sraw metal, czyli wygrzebywanie rodzynek z dupy za pomocą gitary. Ale kiedy paluch już zamykał bandcampa po wysłuchaniu paru sekund, zatrzymał się za sprawą brzmienia tej płyty, które jak na ten gatunek jest wyjątkowo klarowne, przez co całość dostaje ostrego kopa. Może dla niektórych będzie to wada, ale mnie przytrzymało przy tej płycie aż do 7. kawałka, kiedy typowa dla gatunku wtórność okazała się już zbyt niestrawna. Zespół nie oferuje nam nic, czego byśmy już nie słyszeli w takich gównach, jak Conqueror , czy Black Witchery, czyli granie tego samego w kółko. Czasem tempo trochę zwolni, a solówka urozmaici tę monotonię, ale generalnie mamy do czynienia z typowym przedstawicielem takiej szkoły grania, kto zatem lubi jak Laxatus tego typu dźwięki, powinien zostać usatysfakcjonowany. Ja nie zostałem, choć przez chwilę łudziłem się, że jak tylko muzycy się rozkręcą, zafundują mi coś a la Black Curse. Niestety feral szybko stał się fekal.
Na drugi ogień poszło szwedzkie pimpirimpi Vanhelgd o okładce brązowej niczym facjaty przyjętego przez Szwecję kontyngentu tysiąca uciekinierów z Somalii, który szybko rozrósł się do 70 000, a teraz urządza tam patrole śmierci i jest najniebezpieczniejszym elementem w kraju.

Jestem entuzjastą szwedzkiego black metalu, do którego przyciąga mnie przede wszystkim jego melodyjność i miałem nadzieję, że ten zespół również wpisze się w tę szkołę grania, lecz niestety Vangheld poskąpił na tej płycie ciekawych kompozycji, co skutkuje monotonią ogarniajacą sluchacza z każdą minutą coraz bardziej, abybw końcu sprawić, że ów pod koniec zerka ziewając, kiedy całość się skończy. Zabrakło trochę tej muzyce do przyciągnięcia mojej uwagi. Ewidentnie słychać Szwecję, jednak zbyt mało tu się moim zdaniem dzieje.
I na koniec samo gęste:
Żabojady z Cadaveric Fumes nie rozstawiają może deathmetalowej gawiedzi po kątach, ale udało im się stworzyć muzykę na tyle ciekawą, że zostanie ze mną na dłużej. W ten swój klasyczny, poczerniony death potrafili wepchnąć kilka ciekawych zagrywek, wpadających w ucho solówek oraz smaczków jak np. ten z drugiego kawałka, kiedy muzyka cichnie, a perkusista miarowo uderza parę razy dwukrotnie w talerze, co sprawia, że ta płyta odstaje od średniej. Jest przy tym na swój sposób bardzo nastrojowa. Utrzymana głównie w średnich tempach, działa rozluźniająco i jest wprost stworzona do porannej kawusi, gdy policjant nie dusi.
I już faktycznie na koniec puściłem sobie zespół będący polecanką hajaszową, choć on zachwalał zdaje się płytę z płonącym kościołem, natomiast mi zdecydowanie najbardziej podoba się ta demówka:
Jest najbardziej... nieokrzesana. Późniejsze płyty wąsaczy z NY już stają się grzeczniejsze ( co nie znaczy oczywiście, że nie są zajebiste ) , na tej natomiast slychać barbarzyńskie riffowanko, przywodzące na myśl znakomity, a nieistniejący już niestety, niemiecki Excoriate.