Dobry wieczór, prukwy. Dzisiaj pokumkamy sobie koło podstawówki.... A nie, czekaj. Nie no, pokumkamy sobie z bordowego winyla na Bałutach. A pokumkamy sobie o płycie, która właśnie rozbrzmiewa na tym zacnym osiedlu.
Nefarious Dismal Orations. A dlaczego o niej?
Bo mam wrażenie, że mówi się o niej mniej, niż o
Doktrynach,
Regionach, czy nawet
Gloryfikacjach. A to błąd! Płyta co najmniej dorównuje swojej poprzedniczce i zasługuje na to, żeby wspominać ją częściej, bo może ktoś także przez lata skupiał się na debiucie, czy płycie z 2010 i nie wie, ile cudowności mu umyka? Od początku nie schodzimy z poziomu "bardzo dobry" a w paru miejscach, jak np obłędne
Strike of the Morning Star albo takież
Enter the Cult (pamiętacie tytułowego instrumentala z debiutu??? No to tu jest jeszcze lepiej!) wbijamy na poziom "wybitny".
Płyta jest, jak zawsze, pełna zajebistych gitar Dagona. Jego wiosłowanie jest mega charakterystyczne i oryginalne, a przy tym, mimo najebania już tylu kawałków, ciągle coś tam majstruje i nie zjada swojego ogona. Chociaż żaby nie mają ogonów...?

Ale mniejsza z tym. Aha, użytkownik
@kurz coś tam kiedyś płakał, że ładna i łagodna muzyczka dla pizdeuszy czy coś? Zdaje się na podstawie ostatniej płyty, bądź poprzedniej. Proszę zatem włączyć omawiany w niniejszym poście album, a potem uklęknąć i przemyśleć swoje postępowanie i słowa. Pozdrawiam. DiabelskiDom.